[RECENZJE] Y. N. HARARI, 21 LEKCJI NA XXI WIEK

Ukończenie trzydziestu lat to podobno najlepszy czas, aby zostawić młode dziewczyny w spokoju i znaleźć sobie kobietę, która rozpozna oznaki udaru. Być może z tego samego powodu - szybkiego zbliżania się do momentu, w którym w liczbie oznaczającej wiek dwójka zamienia się w trójkę - coraz częściej myślę o przyszłości. Stąd też wybór 21 lekcji na XXI wiek, książki która właśnie o przyszłości traktuje.



W pierwszej części książki, autor, pochodzący z Izraela profesor historii, stara się nakreślić wyzwania, które czekają ludzkość w najbliższych latach. Zalicza do nich zjawiska o charakterze technologicznym (rozwój technologii informacyjno-komunikacyjnych i biotechnologii), politycznym (nacjonalizmy, ryzyko konfliktu zbrojnego i wyczerpanie się narracji kapitalistycznej), a także środowiskowym (zanieczyszczenie środowiska, globalne ocieplenie). Następnie, w dalszej części książki, Harari, jak zapewnia we wstępnie, formułuje tezy, dzięki którym możliwe będzie sprostanie tym wyzwaniom.

I o ile pierwszą część książki oceniam wysoko, to im dalej w las, tym więcej drzew. Mniej więcej po 2/3 lektury, Harari zaczyna znacznie rozstawać się z tematyką i założeniami książki, a także empirycznie weryfikowalnymi faktami, wyraźnie ciążąc w stronę filozofii. '21 lekcji...' zaczyna się od wpływu technologii informacyjno-komunikacyjnych na procesy pracy, a kończy opisem medytacji buddyjskich.

Ograniczona weryfikowalność to z resztą nie tylko problem drugiej części książki. Harari celowo przyjmuje na tyle odległą perspektywę czasową przedstawianych zdarzeń, by nie musiał operować na znacznej ilości materiałów źródłowych, które zapewne opóźniłyby jego wydanie kolejnego bestsellera. Przytoczona bibliografia jest zatem skromna i dość niskiej jakości. Wiele źródeł to materiały prasowe, publikacje popularnonaukowe, fora internetowe, często pojawiają się autocytaty. Trudno przez to traktować '21 lekcji...' jako publikację naukową, czy nawet popularnonaukową. Jest to raczej opowiadanie o przyszłości, oparte na intuicji, filozofii i politologii, a także obecnie istniejących trendach technologicznych.

To wszystko nie oznacza jednak, że '21 lekcji...' to książka zła. Jest wręcz przeciwnie. Liczne spostrzeżenia w niej poczynione są nowatorskie i ciekawe, prowokując myśli i dyskusje dotyczące przyszłości. Osobiście najbardziej do gustu przypadły mi fragmenty dotyczące wyczerpania się kapitalizmu, reakcji na zamachy terrorystyczne oraz możliwości biologicznego podziału rasy ludzkiej. Książka jest napisana dobrym językiem, przez co, choć wielokrotnie odnosi się do spraw bardzo złożonych, nie ma problemu z jej zrozumieniem. Plusem jest także to, że autor stara się być neutralny, nie kreśli utopii, ani dystopii, nie popadając wobec spodziewanej przyszłości ani w huraoptymizm, ani głęboki pesymizm.

Lektura '21 lekcji na XXI wiek' to dobry sposób, aby uspokoić swoje myśli dotyczące przyszłości, bez podejmowania szczególnych wysiłków w tym kierunku. Mimo wielu niewiadomych, pozwala zbudować sobie pewną narrację, co do tego, jak przyszłość będzie wyglądała, co uodparnia na próby manipulacji. Nie jest to jednak opracowanie naukowe, ani nawet paranaukowe, stąd też bardziej dociekliwi czytelnicy będą musieli szukać informacji w innych lekturach.

Yuval Noah Harari, 21 lekcji na XXI wiek, Wydawnictwo Literackie 2018, str. 453. Ocena: 8/10

TO NIE JEST KRAJ DLA UFNYCH LUDZI. HISTORIA KILKU OSZUSTW. CZ. 1.

Wyjeżdżając zawsze staram się otworzyć na ludzi, których spotykam. Nie mam na myśli jedynie spędzania czasu z miejscowymi, rozmów czy wspólnych posiłków. Może to trochę naiwne, ale ufam napotkanym ludziom, pozwalam im się poprowadzić, zachować się tak, jak oni, a nie ja, mają w zwyczaju. I dzieje się tak, mimo że zupełnie ich nie znam. Mam bowiem głębokie przekonanie, że drugi człowiek widząc okazane zaufanie, potrafi je docenić i nie nadużywa go. Niestety, w Afryce spotkałem wiele osób, które na świat patrzą w inny sposób. Oszustwa są powszechne na każdym kroku, a to krótkie zestawienie może pomóc w uniknięciu przynajmniej części z nich.


Tak w folderach turystycznych wygląda Lac Rose, słynne "różowe jezioro" w pobliży Dakaru. Różowy kolor jest dziełem alg żyjących w wysoko zasolonej wodzie.

Oszustwa to rzecz, która przeszkadzała mi w Afryce najbardziej. I nie chodzi o to, że straciłem tyle a tyle pieniędzy, chciałbym się zemścić albo użalać nad swoim smutnym losem. Chodzi o nastawienie. Gdy tylko nauczyłem się, że oszukanym można zostać przez niemal każdego i w niemal każdej sytuacji, niezwykle ciężko było mi otworzyć się na innych. W takiej sytuacji człowiek po prostu traktuje każdego jak potencjalnego oszusta. I mimo, że takie zachowanie jest dosyć naturalne, jest mi z tym źle. Jestem pewny, że Afryka jest pełna ludzi dobrej woli. Wielu z nich spotkałem na swojej drodze. Niestety, część z nich potraktowałem tak, jak wszystkich innych, osądziłem niesprawiedliwie, przypisałem łatkę oszusta. Mam z tego powodu wyrzuty sumienia i żywię nadzieję, że opisując sytuacje, których doświadczyłem uda się choć trochę ograniczyć tego typu przypadki.

1.Wiza do Senegalu, czyli rozczarowanie administracyjne.

Obywatele polscy podróżujący do Senegalu na okres nie dłuższy niż 90 dni nie potrzebują wizy. Dokumentami uprawniającymi do przekroczenia granicy są: polski paszport ważny co najmniej 6 miesięcy, dokument potwierdzający opuszczenie terytorium Senegalu po upływie dopuszczalnego okresu pobytu oraz Międzynarodowa Książeczka Szczepień, potwierdzająca szczepienie przeciwko żółtej febrze.

To, że posiadasz informacje, jakie dokumenty są potrzebne, że są one zgodne z tym, co twierdzi MSZ oraz Ambasada Senegalu w Polsce, to wcale nie oznacza, że posiadają je pogranicznicy. Ode mnie wymagano dodatkowo – poza powyższym wyliczeniem – rezerwacji hoteli, planu wyjazdu oraz zaświadczenia o miejscu pracy. Gdybym je miał, zapewne pojawiłyby się dodatkowe wymagania w postaci karty rowerowej, świadectwa chrztu oraz legitymacji Związku Kynologicznego. Wszystko to prowadziło do stwierdzeń,w jak poważne problemy popadłem oraz, że ich cudownym rozwiązaniem jest banknot 50 euro.Zapłaciłem, co miałem robić. Była trzecia w nocy, a ja miałem już serdecznie dosyć tego dnia.

Przygotowanie wszystkich możliwych dokumentów, inna pora dnia, dobra znajomość francuskiego, nieprzyznawanie się, że jest się w Senegalu pierwszy raz, oraz naprawdę dużo cierpliwości zapewne pomogą w uniknięciu tej bezpodstawnej opłaty.

2. Taksówkarze trzymają swój żałosny poziom.

Hostel, w którym planowałem zatrzymać się w Dakarze zaproponował mi transfer z lotniska w cenie bliskiej 20 euro. Drogo, zwłaszcza że dystans między lotniskiem a hostelem wynosił około 10 kilometrów. Ofertę hostelu odrzuciłem i postanowiłem poszukać transportu na własną rękę. To był kompletny kretynizm, przez który wpakowałem się sytuację, z której wykaraskałem się bez szwanku jedynie dzięki dużemu szczęściu.

Po przejściu kontroli granicznej na lotnisku w Dakarze należy przygotować się na skomasowany atak taksówkarzy, pomocników, pośredników, asystentów i wszelkiej maści innego podejrzanego elementu. Olałem kilku pierwszych nagabujących, uciekłem od „przewoźników prywatnych” i trafiłem na kilka oznaczonych taksówek, obok których stali kierowcy z identyfikatorami na szyi. Na pierwszy rzut oka wyglądało to bardzo wiarygodnie. Czar prysł jednak po kilku minutach. Okazało się, że pomimo mapy i adresu kierowcy nie wiedzą, gdzie jechać. Pokazywali mi, że dzwonią do hostelu i rzekomo ustalają adres. Nie wiem przy tym, z kim i o czym rozmawiali, a nawet nie wiem, czy w ogóle dzwonili do kogokolwiek. Żądali za to ode mnie zwrotu kosztów połączenia – przynajmniej 5 euro. Powiedziałem im kilka brzydkich słów, oraz że nie mam zamiaru jechać z nimi, skoro próbują mnie oszukać i idę pieszo. Tak naprawdę mocno obawiałem się kilkugodzinnego spaceru po przedmieściach Dakaru w środku nocy.

Odchodząc kawałek zauważyłem pojedynczego taksówkarza, w oznaczonej taksówce i to jemu właśnie postanowiłem zaufać. Umówiliśmy się na 8 euro za przejazd, włączyłem nawigację na swoim telefonie i ruszyliśmy. Przez większość trasy taksówkarz jechał jak po sznurku, zgodnie z nawigacją. Dopiero, gdy byliśmy prawie na miejscu, taksówkarz „przypadkowo” pomylił kilka razy drogę. Przestało mi się to podobać, dlatego poprosiłem, aby się zatrzymał. Dałem mu 10 euro i zacząłem wysiadać. To mu się widocznie nie spodobało, bo próbował zamknąć drzwi centralnym zamkiem, jednak byłem trochę szybszy, otwierając je na sekundę wcześniej. Nie do końca rozumiejąc sytuację, zapytałem, o co mu chodzi. Oczywiście chciał „reszty pieniędzy”, bo nie umawialiśmy się na „eight euro”, tylko – jego zdaniem – „deux eight euro” (28 euro). To kreatywne połączenie języka francuskiego i angielskiego w jednym liczebniku nie urzekło mnie jednak i wysiadłem z samochodu. Taksówkarz wyszedł za mną i wtedy nie wytrzymałem. Miałem już serdecznie dosyć tych wszystkich oszustw, prób wyłudzeń, całego tego dnia. Wydarłem się na niego, używając sporej ilości niecenzuralnych słów i odszedłem w mrok. Dalszą drogę do hostelu pokonałem pieszo.

Takich historii można uniknąć decydując się na transfer oferowany przez hostel. Jeśli nie ma takiej możliwości, warto poprosić kogoś z podróżujących tym samym samolotem o pomoc w znalezieniu taksówki. Jeśli i to zawiedzie, to bardzo ważnym jest, aby nie zostawiać swojego bagażu w bagażniku taksówki. Gdybym, całkiem przypadkiem, nie zabrał go ze sobą, płaciłbym tyle, ile tylko życzył sobie taksówkarz, żeby tylko odzyskać swój plecak.

Tak w rzeczywistości wygląda Lac Rose. Zdjęcie nie pokazuje ton śmieci, które - korzystając z dobrej pogody - opalają się na brzegu.

3. Internet? Pierwsze słyszę.

Hostel, w którym się zatrzymałem w Dakarze wydawał mi się ostoją normalności. Dalej tak uważam, choć gdy przyszło do rozliczeń pieniężnych, okazało się, że nie jest to normalność w sensie europejskim. Po pierwsze, w obiektach rangi „hostel” zupełnie nie należy przywiązywać się do ceny podanej podczas internetowej rezerwacji (w mieście całe dwa obiekty o tym standardzie oferują możliwość rezerwacji przy pomocy strony ***king.com). Po drugie, trzeba uważać ile i za co się płaci. Najlepiej zapytać ile kosztuje jedna noc i samemu przeliczyć kwotę należności. Po trzecie, konieczne jest dokładne przeliczenie otrzymywanej reszty.

4. Zakupy: nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem!

Ani w Senegalu ani w Mauretanii w żadnym sklepie nie widziałem wywieszek z cenami. Z tym trzeba się pogodzić: cen nie ma i już. Stwarza to doskonałe warunki aby uszczknąć nieco z białej, chodzącej skarbonki, za jaką często uchodzą tu Europejczycy i Amerykanie. Klasyczne numery to:
  • specjalna oferta cenowa, tylko dla obcokrajowców. Co najmniej kilka razy robiąc zakupy w asyście miejscowych, łapałem się na tym, że sam płaciłem znacznie więcej za te same produkty. Zawyżaniu cen może zapobiec głośne pytanie się o cenę, zwłaszcza, gdy w sklepie są inni ludzie. Co prawda nie sądzę, aby podanie niewłaściwej ceny skłoniło ich do interwencji. W tej części świata jednakże bardzo liczy się „dobre imię” czy „renoma” danej osoby. Z tego powodu sprzedawca może obawiać się zawyżać ceny, żeby nie wyjść na oszusta wobec ludzi, którzy kupują u niego codziennie. W miarę możliwości należy też pytać miejscowych o to, ile dany produkt może kosztować.
  • nie mam wydać. Dobrze, to ja rezygnuję, oddaję produkt, proszę o swoje pieniądze. Wówczas sprzedawca zazwyczaj sprawdza jeszcze raz, a reszta magicznie się odnajduje.
  • pomyłki w wydawaniu. W każdym przypadku otrzymaną resztę trzeba dokładnie przeliczyć, tak aby widział to sprzedawca. „Błędy” w wydawaniu są tak powszechne, że czasami miałem wrażenie, że ludzie, którym płaciłem mają po prostu problem z liczeniem. Spotkałem ludzi, którzy mieli problemy z pisaniem, także wierzę, że w niektórych przypadkach może być to część prawdy.
5. Trzymaj się swojego paszportu.

Granica Senegalu i Mauretanii jest równie wąska, jak granica między oszustami a pracującymi tam stróżami prawa. Wjeżdżając do miejscowości granicznej, na punkcie kontrolnym oddałem żołnierzowi swój paszport. Nie wrócił on już do mnie, a trafił w ręce nieumundurowanego człowieka, który był również obecny w tym miejscu. Ponieważ oddał mu go żołnierz, a człowiek po chwili kazał mi wsiadać na motocykl, byłem przekonany, że mam do czynienia z przedstawicielem władzy. Owszem, pojechaliśmy na posterunek, gdzie dostałem do paszportu stempel wyjazdowy. Rzeczywistym celem było jednak odwiedzenie pobliskiego kantoru prowadzonego przez motocyklistę. Przyszło jeszcze kilka osób i wspólnie namawiali mnie na wymianę pieniędzy, przekonywali trochę grozili. Dowiedziałem się od nich m.in. że:
  • franków CFA nie mogę wywozić z kraju i jeśli ich nie wymienię u nich, to zostanę zatrzymany na granicy i pewnie osadzony w areszcie (wywozić rzeczywiście nie można, ale nikt tego nie sprawdza).
  • dalej nie ma możliwości wymiany waluty (jest, po obu stronach granicy, od propozycji trzeba się wręcz odganiać).
  • bez wymiany pieniędzy nie przedostanę się przez rzekę, która jest faktyczną granicą między państwami (prom jest darmowy).
  • za wizę mauretańską mogę zapłacić tylko w walucie lokalnej – ugija, a przecież nikt mi dalej nie wymieni pieniędzy, tylko oni (teoretycznie, poza ugija, można zapłacić jeszcze w euro oraz frankach CFA, choć to akurat odrębna historia).
Oddałem im w końcu trochę pieniędzy, żeby odzyskać paszport. W przeliczeniu wyszło pewnie ze 20 czy 30 zł. Pokazałem, że nie mam w portfelu nic więcej. Dziwili się mocno, że jak to, biały i nie ma pieniędzy, ale w ostateczności, widząc że nic więcej ze mnie nie wyciągną, oddali paszport i puścili. Pieniądze oczywiście miałem, musiałem w końcu jakoś zapłacić za mauretańską wizę. Przydały się natomiast przestrogi babci, aby nie trzymać wszystkiego w jednym miejscu, w portfelu zaś tylko niewielką kwotę.

Tak naprawdę nie jest tak źle. Podchodząc bliżej, patrząc pod dobrym kątem, przy odpowiednim nasłonecznieniu widać trochę czerwieni, a może nawet różu.


Ciąg dalszy nastąpi.

[Technologie] ELVIS ŻYJE!

Któregoś dnia wyszedłem na spacer z psem. Po Warszawie, nie po Tokio, Londynie ani Los Angeles. Między Dworcem Centralnym, a Pałacem Kultury ktoś ładował swój elektryczny samochód przy stacji, która tam się znajduje. Pies szczekał na drona, który krążył gdzieś na głowami, a obok, kilka centymetrów nad chodnikiem, przemknął chłopak na deskorolce elektrycznej. To właśnie przyszłość - pomyślałem - którą wyobrażałem sobie jako dziecko.

Hatsune Miku
Nowoczesne technologie coraz śmielej przenoszą się ze świata wirtualnego do obiektywnej rzeczywistości. Sprawianie pozorów, że wytwory nowoczesnych technologii są proste i całkowicie pod kontrolą użytkownika, chowanie ich za prostymi interfejsami czy ludźmi, których rola sprowadza się do jedynie do zapewnienia użytkownikowi komfortu psychicznego, powoli przestaje mieć pierwszorzędne znaczenie. Społeczeństwo przyzwyczaiło się już nieco do interakcji z technologią. Jej używanie nie wywołuje już tak wielkiego zdziwienia, jak kiedyś. Ale to dopiero początek drogi. Wiele rzeczy bowiem będziemy musieli jeszcze zaakceptować (albo i nie).

Miłość w czasach popkultury

Czy wierzysz w to, że roboty można kochać? Taką zwyczajną, ludzką miłością. Bzdura? Aby udowodnić, że to jednak jest możliwe mógłbym tu zwrócić uwagę, jak bardzo ludzie przywiązani są do przedmiotów (np. smartfonów czy konsol) i jak bardzo bolesna jest dla nich ich utrata. Mógłbym też zauważyć, że równie bolesna jest utrata danych w internecie (np. profilu w mediach społecznościowych, zdjęć z dysku wirtualnego). Sam niedawno straciłem dane strony internetowej i do dzisiaj jest mi z tym naprawdę źle. Tylko czy takie przywiązanie to już miłość? Można z tym polemizować.

Popatrzmy więc na inny przykład. W 2015 r. firma Sony ogłosiła, że nie będzie więcej produkować części zamiennych do robota Aibo, co odbiło się szerokim echem i wywołało olbrzymie niezadowolenie społeczne w Japonii. Czym jest Aibo? Otóż jest to autonomiczny robot-pies. W zależności od modelu AIBO potrafi reagować na komendy głosowe, wykonywać polecenia, poszukiwać przedmiotów czy osób. Nowsze modele mają możliwość połączenia się z internetem, czytanie poczty czy stron internetowych na głos, oraz prowadzą swój własny blog, przez który komunikują się z właścicielem samodzielnie  zamieszczając zdjęcia wraz z komentarzami. 

Nie pokochałbyś małego psiaczka, który posłusznie wykonuje komendy i regularnie zamieszcza w internecie wpisy, jak uwielbia swojego właściciela? I jednocześnie nie sika na dywan, ani nie trzeba go wyprowadzać w jesienne, deszczowe wieczory, kiedy tak strasznie się nie chce. Ja, po obejrzeniu kilku filmów z Aibo w roli głównej, muszę przyznać, że jest wspaniały. I chyba dlatego prasa zgodnie orzekła, że po zakończeniu produkcji części zamiennych Aibo będą umierać. Umierać, nie psuć się, ulegać uszkodzeniom, albo wychodzić z użycia. Umierać, jak istoty żywe.

Ale pies to dopiero początek. Co powiesz na seks-robota, obdarzonego sztuczną inteligencją? Wiele osób, które posiadają takie roboty, traktuje je bardzo podobnie, jak żywych partnerów. A małżeństwa z robotem? To dzieje się już teraz.

Może umrę, więcej sprzedam

Bardziej od seks-robotów zainteresowało mnie coś, co jeszcze do niedawna uważałem za niemożliwe: tworzenie sztuki - a zwłaszcza muzyki - przez maszyny. Wiedziałem o licznych projektach z tym związanych, z których największe znaczenie robił (a być może "robiła" - trudno traktować Hatsune Miku jako "to", a nie "ją") Hatsune Miku. 

Hatsune Miku to śpiewający, tańczący i występujący "na żywo", tzn. wraz z zespołem prawdziwych muzyków...hologram. Za brzmienie odpowiada program Vocaloid 4 firmy Yamaha, syntetyzujący brzmienie prawdziwego głosu. Wygląd 16-latki o turkusowych włosach Hatsune Miku zapewnia technikom animacji ruchu oraz holograficznej. Jaki daje to efekt? Milionów fanów na całym świecie. Choć trzeba oczywiście przyznać, że za ten sukces odpowiedzialni są także w dużej mierze wyśmienici i niezwykle pracowici ludzcy muzycy. 

No właśnie, człowiek zawsze musi być na końcu. Komputer może muzykę odtwarzać, ale nigdy nie będzie w stanie samodzielnie jej komponować. Przymioty kreatywności i rozpoznawania ludzkich uczuć należą wyłącznie do człowieka i przez niektórych mogą być utożsamiane jako dowód na istnienie absolutu. Tak przynajmniej myślałem do niedawna, a ściślej, do momentu, w którym zapoznałem się z dziełami algorytmu stworzonego przez David'a Cope'a.

David Cope przetworzył dzieła znanych kompozytorów - Mozarta, Vialdiego, Liszta czy Straussa - na język zrozumiałych przez komputer danych. Następnie załadował tymi danymi algorytm sztucznej inteligencji, której zadaniem było opracowanie całkowicie nowych utworów. Efekt jest niesamowity i praktycznie nieodróżnialny od pracy żywego człowieka.

Mając na uwadze, że hologramy zamiast muzyków to idea, która się szybko rozprzestrzenia - z hologramem Freddy'ego Mercury'ego występuje dzisiaj zespół Queen, w podobnej, zdematerializowanej formie na scenie pojawia się także Tupac Shakur - a algorytmu sztucznej inteligencji przeżywają szybki rozwój, być może wkrótce czeka nas wskrzeszenie Elvisa, który w dodatku będzie pisał nowe, bardzo dobre piosenki. 

O ile już się to nie stało.


PS: Spacerowałem z prawdziwym psem, nie psem-robotem.


[Recenzje] L. McNEIL, G. McCAIN 'PLEASE KILL ME'

Lou Reed: Rock'n'roll jest tak świetny, że ludzie powinni zacząć za niego umierać (...). Ludzie po prostu muszą umierać za muzykę. Umierają za wszystko inne, więc czemu nie za muzykę? Umrzyj za nią. Czyż nie jest piękna? Czy nie warto umrzeć za coś pięknego?



Wbrew tytułowi, a także zapowiedzi Lou Reeda, kończącej wprowadzenie do książki, 'Please kill me' jest bardziej o życiu, niż o umieraniu. I to życiu takim naprawdę, będącym czymś innym, niż tylko biologiczne przetrwanie. McCain i McNeil starali się oddać hołd grupie całkowicie zwyczajnych ludzi - takich jak Ty i ja - którzy w pewnym momencie mieli odwagę powiedzieć, że dosyć już udawania, dość wymówek, chowania się za skromnością, niepewnością, czy przekonaniem o braku wystarczających umiejętności. Dość wiecznego oczekiwania, aż pojawi się szansa, albo odpowiedni moment. To opowieść o ludziach, którzy odrzucili to wszystko. Zignorowali całą otoczkę społeczną i kulturową, która sprawia, że człowiek w społeczeństwie zajmuje to miejsce, które zajmuje, by zacząć robić to, o czym zawsze marzyli - tworzyć.

Jednocześnie podkreślić trzeba, że 'Please kill me' to nie jest książka o kryształowych bohaterach, którzy kosztem ogromnych wyrzeczeń albo tytanicznej pracy osiągnęli sukces sceniczny. To rzecz o zwykłych chłopakach i dziewczynach z przedmieść, którzy - choć nie potrafili świetnie grać, śpiewać ani pisać piosenek - chwycili za instrumenty i zaczęli to robić tak, jak umieją. I w bardzo podobny sposób podchodzili do całego swojego życia. Przeżywali je naprawdę, nie tylko w głowach. Uczestniczyli w nim, a nie tylko obserwowali.

Przez takie podejście bohaterowie opisywani na kolejnych kartach 'Please kill me' stali się dziećmi swoich czasów - czasów rewolucji seksualnej oraz upowszechnienia narkotyków. Stąd też książka obfituje w opisy nietypowych sytuacji i tarapatów związanych z zażywaniem znacznych ilości jednego i drugiego. Dla tych, których czytanie o seksie i narkotykach w jakiś sposób bawi, 'Please kill me' będzie godną polecenia lekturą. Ponieważ sam należę do tej grupy, w książce znalazłem wiele fragmentów, przy których co najmniej się uśmiechnąłem. 

McNeil i McCain pisząc 'Please kill me' zdecydowali się na ciekawą formę narracyjnej historii mówionej. Książka w całości składa się bowiem z wypowiedzi uczestników opisywanych wydarzeń. Co prawda doceniam walor poznawczy płynący z takiego wyboru, jednakże nie przypadła mi ona za bardzo do gustu. Na plus natomiast należy zaliczyć bardzo gustowny sposób wydania.


'Please kill me' Legas McNeil, Gillian McCain 'Please kill me. Punkowa historia punka', Wydawnictwo Czarne 2018, stron 623, ocena: 7/10

PLANETA DAKAR

Gdyby na jednej z niewielkich planet pozasłonecznych odkryto życie, mogłoby ono wyglądać tak, jak w Dakarze. Tak bardzo miejsce to różni się od jakiegokolwiek innego miasta, które dane mi było oglądać, zarówno w Europie, Azji, Afryce, jak i samym Senegalu. Dakar pokochać trudno, jednakże można w nim spędzić miesiące, odkrywając każdego dnia coś innego, zaskakującego i niewyobrażalnego.

Dobrą dzielnicę można poznać po asfalcie na drodze. Jeszcze lepszą - po chodniku.

Do Afryki pojechałem z przekonaniem, że znam stereotypy o tym kontynencie. Dzieci z brzuszkami wydętymi z głodu, rodziny mieszkające w lepiankach, wielokilometrowe wędrówki, aby zdobyć wodę – to przecież nie prawda! No dobrze, może takie miejsca jeszcze gdzieś istnieją, daleko w głębi kontynentu, ale na pewno nie w Senegalu. W końcu czytałem, że to jeden z najbogatszych krajów w Afryce, a Dakar nie odbiega zasadniczo wyglądem od miast francuskich. Wystarczył jeden dzień, aby przekonać się, w jak wielkim tkwiłem błędzie.


Masz jakiś problem, białasie?

Trudno powiedzieć, co najbardziej szokuje i zadziwia. Kolorowe stroje kobiet, niesamowity hałas i ruch uliczny, śmieci, a nierzadko także rynsztok płynący środkiem drogi, rzemieślnicy uliczni (pierwszy raz w życiu widziałem, aby ktoś wytwarzał tkaniny przy pomocy długiego ręcznego krosna albo meble z surowych bali, nie pociętych nawet na deski, a całość procesu produkcyjnego, od surowca do produktu finalnego, odbywała się na chodniku), ludzie nie bardzo kryjący się z załatwianiem swoich potrzeb toaletowych (i nie chodzi tylko o wysikanie się), kolejki niemal wszędzie, centrum zasadniczo nie różniące się od przedmieść (najwyższy budynek, duma miasta, ma pewnie z piętnaście pięter i wygląda jak dzieło lat siedemdziesiątych), piasek zamiast chodników i ulic, brak restauracji (zdarzało mi się chodzić głodnym cały dzień, bo poza owocami na straganie, których miałem już dosyć, nie mogłem nic znaleźć), galerii handlowych, a nawet większych sklepów (największe i najbardziej nowoczesne sklepy spożywcze w Dakarze mają wielkość naszej „Żabki”, z tym tyko, że są znacznie słabiej zaopatrzone), znikoma obecność reklam i billboardów i wiele wiele innych.

Warsztat pod baobabem? A czemu nie!

Dakar to miasto-improwizacja, miasto, które nie buduje, nie tworzy, ani nie sieje, które wygląda jakby zostało stworzone z założeniem, że będzie istnieć jedynie kilka lat, po czym zniknie, pozostawiając po sobie ruiny, zgliszcza oraz tony śmieci. Dlatego Dakar to miasto, które żyje i zmienia się nieustannie, rodząc się w jednych miejscach i umierając w innych, w którym odrażające sąsiaduje z niesamowitym, a ruch i gwar nie ustaje o żadnej porze dnia, ani nocy. Dlatego warto je odwiedzić.

Kilka kroków od tego pięknego miejsca wprost do morza wylewają się ścieki


Ten wpis dotyczy podróży z 2017 r. i pierwotnie został opublikowany na moim starym blogu odtarnobrzegupobangladesz.pl

DZIECI, HEROINA I CHIPSY DORITOS

Przed Wam krótki i - co najważniejsze - w przeciwieństwie do wszelkiej maści kołczów i doradców, liczących za swoje usługi setki złotych - darmowy - poradnik "Jak wyjść ze swojej strefy komfortu?".

Kadr z filmu "Kongres" reż. Ari Folman

Akt pierwszy. Scena pierwsza


Oglądam rosyjski teledysk. Sceneria Ułan Ude, miasta na dalekiej Syberii, do którego, w poszukiwaniu lepszego życia, przez lata ściągały okoliczne, koczownicze plemiona. Znalazły upadły przemysł i skupiska szarych, rozpadających się bloków. Znalazły ogromne bezrobocie, beznadzieję, biedę i uzależnienia. Stepowy piasek powoli zasypuje ulice. Przyroda stopniowo odbiera to, co człowiek z taką brutalnością jej wydarł. 

W teledysku młody chłopak, może trzynastoletni, wychodzi na dach bloku. Bierze heroinę i odpływa, choć na chwilę ucieka od tego przytłaczającego, bezsensownego świata, bez szans i bez celu.

Wgapiam się w ekran. Źrenice mam nienaturalnie rozszerzone. Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem coś tak mocnego. Tak strasznego i brutalnego. Jestem zaszokowany. I wnet, zupełnie bez uprzedzenia, w słuchawkach słyszę wesoły dżingiel, a na ekran wskakuje kolorowa reklama chipsów doritos, z hasłem "Podejmuj śmiałe wyzwania".

Akt pierwszy. Scena druga


Jadę metrem. Godziny szczytu, wagonik jest niemal pełny. Ze znudzeniem patrzę na zawieszony na ścianie monitor. Wesołe szczeniaki labradorów, biegając po zielonej, wiosennej trawie, bawią się papierem toaletowym popularnej marki. Pod spodem, na czerwonym pasku, gdzie wyświetlane są newsy, napis "47 OFIAR ZAMACHU W TURCJI". 

Kolejna reklama. Atrakcyjna, blondwłosa modelka, wystylizowana na gospodynię domową, wyjmuje z piekarnika pachnące ciasto. Z "Kasią" ci się upiecze - głosi slogan. Na pasku pod spodem "ROŚNIE TRAGICZNY BILANS POŻARÓW W USA".

Staram się nie patrzeć. Zakładam słuchawki. Robert Matera śpiewa: "Jest demokracja, więc nie ma litości. Na nic jest twój płacz. Takie są reguły tej gry. Masz wolność więc płać". Później wskakuje reklama skrzydełek z kurczaka z dowozem. 14,99 za 12 sztuk.

Przerwa


Co się z nami dzieje? Dlaczego nikt tego nie widzi? Czy nikomu nie przeszkadza ten kontrast? Dlaczego wszyscy to ignorują? Nikt się nie przejmuje?

W każdym z tych przypadków czułem, jakby mi ktoś napluł w mordę. Jakby mówił: "Mamy w dupie problemy świata. Ale chodź, zobacz jakie wspaniałe produkty oferujemy..."

Akt drugi. Scena pierwsza (i jedyna)


Czy czytałeś "Kongres futurologiczny" Lema? Albo oglądałeś film? 

Główny bohater, Ijon Tichy bierze udział w Światowym Kongresie Futurologicznym, obradującym w luksusowym hotelu nad problemem przeludnienia w świecie targanym konwulsjami wybuchów społecznych i skrajnie niestabilnym politycznie. Wkrótce po rozpoczęciu Kongresu, na ulicach miasta dochodzi do zamieszek. Tichy wraz z garstką uczestników chroni się w kanale ściekowym, dokąd docierają użyte w tłumieniu zamieszek chemiczne środki halucynogenne, które wywołują u bohatera ciąg urojeń. Doznając halucynacji wydaje mu się, że jest w 2039 roku w zadziwiająco idyllicznym świecie, zrewolucjonizowanym przez osiągnięcia chemii, gdzie niemal wszystkie ludzkie potrzeby są w nim zaspokajane poprzez bezpośrednie oddziaływanie na mózg wszechobecnych, rozpylanych w powietrzu, substancji chemicznych. Owe specyfiki są tak zaawansowane, że likwidują niepożądane społecznie zachowania, są łatwo przyswajalnym nośnikiem wiedzy, albo mogą wywołać dowolną (z góry zaplanowaną) projekcję, wizję, samopoczucie lub przekonanie u osoby je przyjmującej. W końcu budzi się i stwierdza, że nadal przebywa w kanale ściekowym pod gruzami zburzonego hotelu.

Koniec


O co w tym wszystkim chodzi? Czy o to żeby się martwić? Nie, nie to miałem na myśli. Żyjąc na co dzień w Europie i w Polsce, która - mimo swoich wszelkich wad - pozostaje jednym z najlepszych i najbogatszych krajów na świecie, często jesteśmy zaślepieni, tak jak bohaterowie powieści Lema. Wielu rzeczy świadomie lub podświadomie nie dostrzegamy, żyjąc w swojej bajce. I czasami dzieje się to dlatego, że ktoś nie chce, abyśmy je widzieli. Ludzie martwiący się o planetę nie kupują produktów z taniego, chińskiego plastyku. Ludzie, którzy przyjaźnią się z innymi, trudno jest zaszczuć przeciw nim, dla uzyskania celów politycznych. Czasami też nie dostrzegamy zbyt wiele, bo jest nam po prostu wygodniej się nie przejmować. 

Tylko czy naprawdę chcemy tkwić w tej bajce? Czy jesteśmy zdecydowani poświęcić prawdę dla wygody? Postępować tak, jak powiedzą nam inni?

To nie skok na bungee ani podróż do Tajlandii jest "wychodzeniem ze strefy komfortu". Jest nim spojrzenie na to, jak świat wygląda naprawdę. Dostrzeżenie także tych niewygodnych rzeczy i spraw, które na co dzień starasz się ignorować. I działanie, aby je zmienić.

[Recenzje] J. KULISZ 'KONIEC POKOLEŃ PODLEGŁOŚCI'

W moim osobistym przekonaniu, żaden ze sposobów celebracji zeszłorocznej, setnej rocznicy odzyskania niepodległości, ani Marsz Niepodległości, 'Koncert dla Niepodległej' na Stadionie Narodowym, wystawienie nowych pomników, podświetlenie słynnych obiektów budowlanych w biało-czerwone barwy, ani nawet deklaracja restytucji Pałacu Saskiego, nie był tak doniosły i ważny dla Polski, jak wydanie cienkiej, niebieskiej książeczki autorstwa Jarosława Kulisza.


W naszym kraju o Polsce bardzo trudno jest mówić. O Polsce zdecydowanie łatwiej jest krzyczeć, awanturować się, rozdzierać szaty w jej imieniu, zarzucać zdradę narodowego interesu i brak poświęcenia dla narodu, ojkofobię, wyzywać od lewaków i prawaków, komunistów i nacjonalistów. Efektem tego jest coś, co osobiście najbardziej przeszkadza mi w tym kraju: nieustanna wojna polsko-polska, głębokie podziały niemal na każdym polu i nieumiejętność znalezienia narodowego konsensusu w niemal żadnej sprawie.

Jarosław Kuisz w swojej książce stawia diagnozę tego stanu: zbiorową i nie do końca uświadamianą obawę o możliwość ponownej utraty suwerenności. Stanowi ona piętno pozostawione przez niemal dwieście lat zależności, najpierw pod zaborami, a następnie pod wpływem Związku Radzieckiego. To przez nią zwykliśmy traktować Polską w kategoriach ostatecznych, a niemal każdą opinię na temat naszego kraju, odmienną od naszej, podświadomie traktujemy jako zagrożenie dla istnienia państwa. To właśnie z tego powodu jesteśmy narodem kontestatorów, nauczonych żyć przeciw państwu, gdzie popiera się kombinowanie i cwaniactwo, nie zaś modernizatorów, starających się poprawiać sytuację w domu swoim - Polsce.

Czytając 'Koniec pokoleń podległości' miałem wrażenie, że to wytęskniony głos normalności w całej tej zawierusze politycznej, historycznej, szafowaniu wartościami narodowymi, wzajemnym licytowaniu się kto jest bardziej polski, prawdziwszym Polakiem. Autor nie opowiada się po żadnej ze stron sporu politycznego. Wręcz przeciwnie, wielokrotnie stara się przenieść myślenie o Polsce na inny poziom, wskazując że jest to przede wszystkim sprawa nasza, zwykłych zjadaczy chleba, tego jak myślimy i traktujemy naszych rodaków, których co dzień spotykamy w na ulicy, w pracy albo w sklepie. Różnice między nami były, są i będą. Trzeba się z tym pogodzić i zamiast ciągle odcinać się od tych, którzy mają zdanie odmienne od naszego, znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia. To właśnie zdolność do porozumienia była podstawą największych sukcesów Rzeczypospolitej, takich jak konfederacja warszawska, unia lubelska (wielu Polaków przecież nie chciało tych "dzikich" Litwinów i ich księcia Jagiełły, ale umieli się dogadać, dzięki czemu zapisali najwspanialsze karty w historii Polski), czy ruch Solidarności.

Dużym plusem książki jest również to, oprócz malkontenctwa i pokazywania tego, co jest złe Kulisz proponuje także rozwiązania. I nie są to wielkie projekty, a sprawy, którymi możemy stopniowo zająć się od zaraz. Atutem jest także prosty język, którym operuje autor, a także duża ilość krótkich rozdziałów, przez co, mimo stosunkowo trudnej tematyki, książka jest przystępna dla każdego.

'Koniec pokoleń podległości' to rzecz niezwykle mądra i ważna. Gdyby choć połowa Polaków przeczytała tą króciutką książkę, dziś nasz kraj wyglądałby zdecydowanie inaczej. Zdecydowanie lepiej.


'Koniec pokoleń podległości', Jarosław Kulisz, Biblioteka Kultury Liberalnej 2018, stron 194. Ocena 8/10.

POSTHUMANIZM: CZY WYSYŁANIE MOCZU W KOSMOS ZAPEWNI NAM NIEŚMIERTELNOŚĆ?

Czy życie na ziemi powstało tylko dlatego, że w którymś z kosmicznych spodków zatkała się toaleta, a  jego załoga musiała zatrzymać się na ziemi, żeby się wysikać? Takie przedstawienie genesis - o dziwo - nie musi być wyłącznie fantasmagorią i w dużej części może być uzasadnione naukowo.



Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi.

Powyższy cytat z Księgi Rodzaju od średniowiecza dominuje w myśleniu o roli człowieka w przyrodzie. Roli - dodać należy - kluczowej, ponad wszelkimi innymi gatunkami żyjącymi, którymi człowiek, jako jedyny obdarzony duszą, ma prawo (a przez to moralne i etyczne uzasadnienie) władać.

Także nowożytność nie przyniosła zasadniczych zmian w tym zakresie. Związana z nimi laicyzacja sprawiła jedynie, że zamiast duszy, jako uzasadnienia władztwa człowieka nad innymi gatunkami, wskazuje się inteligencję ('człowiek jest jedyną na ziemi istotą inteligentną') lub ewolucję ('człowiek stoi na szczycie drzewa ewolucji').

Dopiero w ciągu ostatnich kilkudziesięciu latach, powoli wracają do życia koncepcje, że jesteśmy równorzędną częścią przyrody. Że nie mamy uzasadnienia moralnego, by stawiać się ponad nią, a zwierzęta i rośliny również mają swoje prawa, które należy chronić. W pewnej części znalazło to odzwierciedlenie w ustawodawstwie oraz sposobie zachowania ludzi. W pewnej części, gdyż - mimo tendencji w tym kierunku - wciąż nie doszło do zrównania statusu człowieka i przyrody. Człowiek wciąż stawia się ponad przyrodą, nadając jej jedynie pewne prawa.

Mimo tego, zapytać należy, skąd wzięła się ta zmiana w myśleniu? Skąd pomysł, że rośliny i zwierzęta mogą być nie mniej ważne niż cywilizacja tworzona przez ludzi?

Wynika to przede wszystkim ze spostrzeżenia, jak dalece doprowadziliśmy do zniszczenia, degradacji i zanieczyszczenia przyrody oraz tego, jak fatalnie odbija się to na kondycji człowieka. Ale to nie wszystko. Jedną z przyczyn, w mojej opinii, jest także odmienne spostrzeżenia na człowieka. Zrozumienie, że z miejscem, w którym żyjemy łączy nas zdecydowanie więcej, niż nam się wydawało.

Człowiek planetarny


Skąd w ogóle pochodzi człowiek? Od małpy - to bardzo rozpowszechnione, uproszczone i z gruntu rzeczy nieprawdziwe stwierdzenie. Nawet jego bardziej poprawna wersja, stanowiąca, że człowiek i niektóre gatunki małp mają wspólnego przodka jest obarczona zasadniczą wadą w postaci zatrzymania się na pewnym, mocno już zaawansowanym, etapie życia biologicznego. Żeby powstał ten wspólny przodek człowieka i małp musiały bowiem minąć setki milionów lat ewolucji, począwszy od prostych bakterii, organizmów jednokomórkowych, wielokomórkowców, białek, bardziej złożonych organizmów morskich i wiele, wiele innych, aż do ssaków lądowych.

Patrząc na ewolucję w ten sposób dostrzegamy, że źródłem pochodzenia człowieka jest raczej pierwszy występujący na ziemi organizm żywy, jakiegoś rodzaju proto-bakteria. I jest ona nie tylko źródłem pochodzenia samego człowieka, ale także zwierząt, roślin, grzybów i całego biologicznego życia na ziemi. Mamy wspólnego przodka nie tylko z małpami, ale ze wszystkim, co żyje na tej planecie.

Ale czy to na pewno koniec? Czy ewolucja na pewno zaczyna się od tej proto-bakterii? Czy na pewno nie można pomyśleć o niczym dalej?

Otóż można. W ostatnich czasach mówi się także o ewolucji geologicznej i jej wpływie na rozwój życia na ziemi. Powstanie pierwszej proto-bakterii wymaga bowiem, by istniały odpowiednie związki chemiczne. Nie było ich od samego początku na naszej planecie, dopiero odpowiednie procesy geologiczne doprowadziły do ich utworzenia (związki chemiczne, utworzone w procesach geologicznych nazywamy minerałami). Innymi słowy, minerały także stanowią część ewolucji.

Włączając do naszego myślenia o tym, skąd pochodzimy, narrację związaną z powstaniem życia na ziemi, a także ewolucją geologiczną, dostrzegamy to, jak bardzo jesteśmy związani z tą planetą, z elementami przyrody zarówno ożywionej i nieożywionej. Dzięki temu możemy spojrzeć z trochę innego innego miejsca na to, jaką rolę pełni człowiek na ziemi. Zastanowić, czy uzasadnionym moralnie i etycznie jest stawianie się ponad przyrodą. 

No dobra, ale co z moczem i nieśmiertelnością?


Postrzeganie przez człowieka siebie samego jako dominującego nad przyrodą, jej pana i władcę, wiąże się też z kwestią pewnej indywidualizacji. Kwestię tą zauważono już w filozofii starogreckiej, wyróżniając pojęcia zoe - życia w ogólności, a także bios - życia zindywidualizowanego. Przymiot życia w sposób zindywidualizowany (bios) nadaje się zazwyczaj wyłącznie człowiekowi.

Wyjaśniając to bardziej obrazowo, śmierć człowieka (bios) postrzegana jest jako koniec. Natomiast inaczej patrzymy na śmierć zwierzęcia lub rośliny (zoe). Na przykład, śmierć wiewiórki nie jest postrzegana jako jakiegoś rodzaju koniec, ginie osobnik, ale wiewiórki żyją nadal. Pomijając przypadki ekstremalne, gdy ginie cały gatunek, życie roślin i zwierząt, odradzające się regularnie, jest w zasadzie nieskończone. Oczywiście, to samo można by powiedzieć o człowieku. Sęk w tym, że na człowieka patrzymy jako na zindywidualizowaną jednostkę, nie zaś jako gatunek. Różnica tkwi w postrzeganiu.

To zestawić należy ze wspomnianą wcześniej ewolucją geologiczną. Warunkiem niezbędnym do powstania życia organicznego na ziemi, pierwszej proto-bakterii, od której wszystko się zaczęło, było pojawienie się pewnej ilości rozpuszczalnego w wodzie fosforu. Tego rodzaju fosforu brakowało na naszej planecie. Istnieją dwie teorie, skąd się wziął. Po pierwsze, mógł spontanicznie powstać w procesach geologicznych. Po drugie, mógł zostać przyniesiony na ziemię z innych miejsc wszechświata - przez meteoryty, pył kosmiczny, bądź też, jak wierzą niektórzy, wizytę przedstawicieli obcych cywilizacji.

Dodać należy, że dużą ilość rozpuszczalnego w wodzie fosforu zawiera mocz. Stąd właśnie żartobliwe wprowadzenie do niniejszego artykułu, ale także projekt artysty Michaela Burtona pn. Astronomical Bodies, by ludzki mocz wysyłać na inne planety, tak aby zawarty w nim fosfor posłużył do rozwoju nowego życia i tym samym zapewnił człowiekowi - rozumianemu jako gatunek - nieśmiertelność.


[Recenzje] KONSTANTY USENKO 'BUSZUJĄCY W BARSZCZU'

Lekturę 'Buszującego w barszczu' porównać można do pierwszego razu, gdy bierzesz twarde dragi. Nagle odkrywasz, że gdzieś obok ciebie istnieje - i zawsze istniał - kompletnie inny, alternatywny świat, którego nigdy nie dostrzegałeś. Zanurzasz się w nim. Od teraz nic już nie będzie takie, jak wcześniej.


Narkotykiem, który w swojej książce oferuje Usenko jest kultura, a w szczególności muzyka obszaru postradzieckiego: dzisiejszych republik wchodzących w skład Federacji Rosyjskiej, Ukrainy, Białorusi, Kazachstanu, państw nadbałtyckich, kaukaskich i innych. W połączeniu z opisem autora 'Buszującego w barszczu' tworzy ona mieszankę silnie uzależniającą, tak że nie raz zdarzało mi się siedzieć przez całą noc aż do rana, przewracając strony książki i jednocześnie słuchając kolejnych utworów opisywanych wykonawców.

Opisy, właśnie. Gdyby 'Buszujący w barszczu' to była sama muzyka, pewnie nie byłby książką, a raczej playlistą na którymś z popularnych portali udostępniających utwory z całego świata. Playlistą zawierającą muzykę, której - dodać należy - dalej nie znałby prawie nikt, spoza wschodniego kręgu kulturowego. Usenko podchodzi do muzyki jak do zjawiska kulturowego, wskazując przyczynę jego powstania, opisując (liczne tłumaczenia piosenek) i interpretując tekst, a także zastanawiając się, jaki efekt wywołuje. Daje to możliwość zrozumienia procesów społecznych zachodzących przede wszystkim we współczesnej Rosji, ale również krajach byłego ZSRR. W 'Buszującym w barszczu' znajdujemy zarówno katastrofalną beznadzieję życia w rozpadających się blokowiskach syberyjskiego Ułan Ude, jak i celebrację młodzieżowego życia w 'Warszawie' Maksa Korża.

'Buszujący w barszczu' to książka o kontrkulturze, muzyce niezależnej, którą rzadko można usłyszeć w radio. Od samego początku zadaje tym kłam postrzeganiu muzyki wschodu wyłącznie przez pryzmat szansonu (prostackiego, obciachowego disco) oraz - przez skojarzenia z popularnymi w Polsce Okudżawą czy Wysockim - podstarzałych, wiecznie skacowanych bardów, śpiewających gorzkie pieśni o życiu. Poruszając się w ramach kontrkultury Usenko nie wartościuje jednak muzyki, twierdząc że jedna jest gorsza lub lepsza od innej. Z równym zainteresowaniem opisuje punków z Grażdańskiej Oborony, jak i fenomen gopnikowskiej elektroniki spod marki Griby, pokazując liczne wymiary muzycznego podziemia. Dzięki 'Buszującemu w barszczu' nauczyłem się doceniać takie gatunki, jak oi!, cold wave, no wave, hardcore punk czy noise.

'Buszującego w barszczu' można także odczytywać przez wpływy kulturowe, doszukując się brzmień charakterystycznych dla określonych regionów Rosji, czy też byłych republik radzieckich. W ten sposób Usenko zabiera czytelnika w niezwykłą podróż: ze słuchawkami po mapie. To niebywała okazja, aby dowiedzieć się, jak brzmi współczesna muzyka z Tatarstanu, Syberii, Kaukazu, czy Karelii.
Wreszcie 'Buszujący w barszczu' to książka z przesłaniem. Usenko używa muzyki jako ilustracji tego, w którym kierunku zmierza świat, lusterka odbijającego zmiany polityczne i społeczne. I w wielu przypadkach dochodzi do konstatacji, że nie rozwój tendencji o charakterze nacjonalistycznym i ksenofobicznym, nietolerancji wobec mniejszości narodowościowych, seksualnych i religijnych, znaczny wzrost znaczenia kościoła, wraz ze zmniejszeniem przestrzeni indywidualnej wolności, to nie jest kierunek słuszny.

Czy nie brzmi to znajomo? Czy bluzy z niedźwiedziami w kolorze rosyjskiej flagi i wytatuowane cerkwie nie przypominają popularnych w Polsce tekstyliów z husarzami i 'patriotycznych' napisów? Mimo, że zarzekamy się na lewo i prawo, że od upadku Związku Radzieckiego z Rosją wiąże  nas niewiele, a kulturowo jesteśmy już częścią Europy Zachodniej, czytając 'Buszującego w barszczu' wielokrotnie można odnieść wrażenie, że ta książka jest także o Polsce. Te same zjawiska, te same procesy, wraz z opisem ich przyczyn i skutków sprawiają, że 'Buszujący w barszczu' to książka bardzo ważna dla Polaków, a przeczytanie jej sprawi, że na niektóre rzeczy - a w szczególności wschodnią kulturę - już nigdy nie spojrzymy tak jak kiedyś.

'Buszujący w barszczu', K. Usenko, Wydawnictwo Czarne 2008. Ocena: 8,5/10

O społecznej potrzebie utopii

Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie myśl, że aby sprostać wyzwaniom, przed którymi stoi dzisiejszy świat, konieczna jest radykalna zmiana sposobu myślenia i wartości, którymi kierują się jego mieszkańcy. Myśląc o tym, na czym taka zmiana mogłaby dokładnie polegać, doszedłem do wniosku, że to, co robię, to właściwie projektowanie utopii. A więc czegoś, co - zgodnie z encyklopedią - potocznie uważane jest za mrzonkę, coś niemożliwego do zrealizowania. Ale czy to na pewno oznacza, że utopie nie są potrzebne?
Makis E. Warlamis, Utopien 04
CC BY-SA 3.0

Problemy, przed którymi stoi dzisiejszy świat, takie jak skrajne nierówności ekonomiczne, globalne ocieplenie, znaczne zanieczyszczenie środowiska, wyczerpanie tradycyjnych zasobów, rozwój tendencji o charakterze ekstremistycznym, zależność od w dużej mierze oderwanego od rzeczywistości systemu finansowego, zmiany społeczne wynikające z rozwoju technologii, mają wyjątkowo złożony charakter i - w dobie globalizacji - są ze sobą ściśle powiązane. Z tego wynikają dwa wnioski. Po pierwsze, rozwiązanie tylko jednego lub kilku z tych problemów, w oderwaniu od pozostałych, nie jest możliwe. Konieczne jest mierzenie się z nimi wszystkimi jednocześnie. Po drugie, jeśli już wziąć wszystkie te problemy razem, okazuje się, że w mniejszym lub większym stopniu dotyczą chyba wszystkich dziedzin życia. A to oznacza, że mierzenie się z nimi można porównać do konstruowania nowego świata. 

To właśnie doprowadziło mnie do myśli utopijnych. Przy czym wcale nie traktowałem (ani nadal nie traktuję) hasła "konstruowanie nowego świata" jako bzdurę. Co więcej, uważam, że jest to możliwe i, jak zaznaczyłem na wstępie, powinno się odbywać na drodze radykalnej zmiany sposobu myślenia oraz wartości, jakimi kierują się ludzie. Tak, aby doświadczenia związane z przebywaniem z innymi, współczuciem, czy solidarnością międzyludzką zdecydowanie górowały nad konsumpcjonistyczną potrzebą nabywania nowych rzeczy. Pisał o tym m.in. prof. Andrzej Szahaj w artykule pt. "Nieuchronność klęski klimatycznej".

Tylko, czy ta, lub jakakolwiek inna utopia - założenie pozytywnej zmiany świata o zasięgu globalnym - w ogóle ma szanse się kiedykolwiek rzeczywiście wydarzyć? Pozostając tylko i wyłącznie w sferze faktów, a analizując twarde dane dotyczące tego, jak świat wygląda dzisiaj i w którym kierunku się rozwija, można w to poważnie wątpić. Nie stanowi to jednak o bezużyteczności projektowania utopii. 

Czy tego chcemy, czy nie, człowiek nie jest istotą, która polega wyłącznie na faktach, nie przyjmuje żadnych innych argumentów niż te, oparte na obliczeniach bądź badaniach naukowych. Chodź może brzmieć to naiwnie, wiele decyzji człowieka nie jest motywowanych czymś, co nazywamy racjonalnością. W procesie decyzyjnym ważną rolę pełnią emocje i uczucia, intuicja czy wiara. I właśnie do tej ostatniej chciałbym się odnieść.

Utopia to pojęcie, które zamiast w sferze faktów, powinno być raczej rozpatrywane w kategoriach wiary, rozumianej  szeroko, jako przekonanie, że w przyszłości nastąpią określone wydarzenia. Wiara różni się od nauki tym, że nie jest zależna od faktów. Na tym polega zarówno wiara w absolut, mimo braku  jego przejawów, które mogłyby podlegać weryfikacji naukowej, jak też wiara w to, że jak przyjdę rano spóźniony do pracy, to nikt nie zauważy. 

Także utopia powinna być traktowana jako przedmiot wiary. Coś, co niesie pocieszenie, że choć dziś jest średnio, to jutro będzie lepiej. Coś, co łączy ludzi i motywuje ich do wspólnej pracy na rzecz poprawy sytuacji. Ale także coś, co stanowi przeciwstawienie czarnowidztwu, przekonaniom, że będzie tylko gorzej, że nic nie możemy zrobić i apokaliptycznym wizjom świata.

Dostrzegam wyraźną potrzebę konstruowania tak rozumianych i w ten sposób stosowanych utopii. Potrzebę tą widzę pośród ludzi którzy mnie otaczają na co dzień, w znacznej części ignorujących wyzwania, przed którymi stoimy jako ludzkość, i powtarzających, że skoro sami nic nie mogą zrobić, to nie ma sensu się tym przejmować. To ludzie, którzy twierdzą, że ich głos nic nie znaczy, nie włączają się w działania społeczne, ponieważ uważają, że nie mają one sensu (bo są zbyt mało znaczące, aby cokolwiek zmienić), koncentrując się wyłącznie na zaspakajaniu swoich indywidualnych potrzeb.

Niestety, brak wiary w możliwość uczynienia świata lepszym dostrzegam także pośród osób angażujących się w działania o charakterze politycznym, dla których zmienianie świata powinno być w zasadzie celem. I to zarówno po lewej stronie politycznej, gdzie coraz częściej słyszę rozmowy, że nadciąga nowy kryzys (zamiast o tym, jak sprawić, by go nie było), jak i prawej. Wydaje mi się bowiem, że konserwatywny zwrot świata (na ten temat zob. m.in. artykuł prof. R. Machnikowskiego pt. "Konserwatywny zwrot świata" ) jest również konsekwencją braku wiary w możliwość stworzenia lepszego świata. Innymi słowy - braku utopii. Rozwój tendencji narodowych w wielu państwach Europy, m.in. w Wielkiej Brytanii, Włoszech, Holandii, Turcji, Rosji, Węgrzech, ale także oczywiście Polsce, rządy konserwatystów w największych państwach obu Ameryk - Trumpa w USA i Bolsonaro w Brazylii, bierze się stąd, że obywatele tych państw zauważyli, że wcale nie jest dobrze i nie zanosi się, aby było lepiej. Wobec braku jasnej i w miarę konkretnej wizji przyszłości, braku utopii, starają się niejako odwrócić historię, wracając do zasad i wartości obowiązujących wtedy, gdy wszystko wydawało się być w porządku.

Przyszłość nie będzie ani zła, ani dobra. Przyszłość będzie dokładnie taka, jaką my, ludzie, sobie sami zbudujemy. Do tego potrzebna jest jednak jakaś wizja, jakiś cel, coś do czego świadomie można zmierzać, jakaś utopia. I dlatego powinniśmy rozmawiać o przyszłości, zastanawiać się, jak chcemy, aby wyglądała, i wierząc głęboko, że tak rzeczywiście się stanie, brać sprawy we własne ręce,co dzień choć po troszeczku zmieniając na lepsze otaczającą rzeczywistość.


[Recenzje] Kamil Sipowicz 'Hipisi w PRL'

Do sięgnięcia po 'Hipisów w PRL" zachęciły mnie w zasadzie dwie rzeczy. 

Po pierwsze, od dłuższego czasu myślę o autostopie jako o zjawisku oraz o środowisku ludzi, którzy w ten sposób podróżują. Nie wiem, czy słyszałeś, że takie środowisko istnieje. Co więcej, jest dosyć liczne, a jego członkowie regularnie się spotykają. Na zjazdy autostopowe, których w roku jest kilka, potrafi przyjechać kilkaset osób. I mimo, że autostopem podróżuję co najmniej od kilku lat, mam świadomość, że tak nie będzie zawsze. W pewnym momencie, jak czuję niezbyt odległym, pewnie zajmę się innymi sprawami, niż podróże autostopem. Zanim jednak to uczynię, chciałbym jakoś podsumować i zamknąć ten podróżniczy etap życia. Wymyśliłem więc, że w tym celu napiszę książkę dokumentalną na temat autostopu. Analizując źródła, postawiłem sobie pytanie, czy autostopowicze to tacy współcześni hipisi? Odpowiedzi szukałem w przeczytanych w zeszłym roku 'Mistykach i narkomanach' Wojciecha Michalewskiego, oraz właśnie w 'Hipisach w PRL' Sipowicza.



Początkowo raczej spodziewałem się odpowiedzi negatywnej, że hipisi z autostopowiczami nie mają nic wspólnego. Ideały, które stawiali sobie hipisi i według których próbowali żyć - pacyfizm, rozwój duchowy, negacja konformizmu oraz konsumpcjonizmu, zwrócenie się ku przyrodzie i inne - w środowisku autostopowym zasadniczo nie występują. W zasadzie nie bardzo byłem w stanie dostrzec jakiejkolwiek ideowości, a środowisko autostopowe kojarzę najbardziej z imprezami w dziwnych miejscach, alkoholem, narkotykami oraz tzw. 'cebulą' (oszczędzaniu na wszystkim, co możliwe, w tym także w sposób mało etyczny lub estetyczny).

Przemyślawszy jednak całość, doszedłem do wniosku, że między hipisami a autostopowiczami jest jednak dosyć wyraźna paralela. Polega ona przede wszystkim na tym, że w jednej i drugiej grupie są podobni ludzie, tzn. zagubieni, szukający swej drogi, nie mieszczący się w ramach społeczeństwa, z problemami rodzinnymi czy psychicznymi. Jedna z koleżanek powiedziała mi, że ludzie z autostopu dzielą się na tych, którzy nie mają ojca oraz na tych, którzy z ojcem mają problemy.

Zauważyłem także, że to nie jest tak, że każdy hipis był uduchowionym wegetarianinem, który marzył o zamieszkaniu w komunie w Bieszczadach. Takie osoby stanowiły raczej wyjątek. Większość środowiska hipisów to jednak ludzie, którzy, mimo że w mniejszym lub większym stopniu zgadali się z wartościami ruchu, nie pasjonowali się nimi aż tak bardzo, by o nich dłużej dyskutować, czy też dokonywać dramatycznej zmiany swojego życia w ich duchu. Zdecydowanie bardziej wciągnął ich hedonizm - narkotyki, seks, próżniactwo.

Dość podobnie jest w środowisku autostopowiczów. Zdecydowana jego część uległa hedonizmowi. Wyjątki to osoby zajmujące się sztuką (najczęściej kuglarstwem, muzyką oraz sztukami plastycznymi), rzadziej duchowością (choć istnieje też grupa osób zainteresowanych medytacją, czy jogą). Zainteresowanie zmienianiem świata przez politykę (wielu hipisów dołączyło najpierw do KOR-u, a później Solidarności) w środowisku autostopowym praktycznie nie występuje. Istnieją też pewne wartości autostopowe, choć być może nie są tak wyraźne jak u hipisów. W cenie jest spryt i minimalizm (co pozwala na odbywanie długich podróży po niskich kosztach), ale także życzliwość i poczucie humoru.

Dlaczego to ważne? Dlaczego o tym wspominam? Czytając wywiady, które zapełniają większość kart 'Hipisów w PRL-u', zauważam, że to właśnie te osoby, które umiały znaleźć coś więcej, niż hedonizm, przetrwały, bądź pozostawiły coś po sobie. Ci, którzy nie potrafili tego odszukać, szybko musieli zgodzić się na konformizm, wziąć się za "normalne życie", wyzbywając dużej części wartości i ideałów. A i tak było to bardzo dobre rozwiązanie, gdyż wiele osób zagubiło się naprawdę, ginąc z przedawkowania, bądź w wypadkach związanych z używkami, popełniając samobójstwa, trafiając do więzień lub szpitali psychiatrycznych.

Druga rzeczą, której szukałem w 'Hipisach w PRL-u', to pragnienie budowy nowego świata, rzeczywistości opartej na innych zasadach. Od dłuższego czasu tkwi we mnie przekonanie, że rozwiązanie ogromnej ilości problemów, z którymi współcześnie zmaga się ludzkość, wymaga odmiennego pomyślenia świata, oparcia go o inne idee i wartości, niż obecnie. Warunkiem tego jest zaś dokonanie indywidualnej zmiany w każdym człowieku, przez zwrócenie się ku jego sferze wewnętrznej, duchowej. Takie założenie mieli też hipisi, którzy nie chcieli z nikim walczyć, ani z tymi z lewa, ani z prawa. Światu rozumianemu jako konflikt (np. między bogatymi a biednymi, konformistami, a autsajderami itd) przedstawiali swój świat, rozumiany jako wspólnotę opartą na miłości i zrozumieniu. Niestety, nie wyszło. I może dlatego też na ten temat w książce niewiele. 

Mimo powyższych rozważań, które są raczej moim osobistym wkładem, 'Hipisi w PRL-u' to książka dosyć słaba. Trudną nazwać ją nawet książką, to raczej album z wycinkami. Ludziom epoki przedinternetowej zdarzało się wykonywać takie. Jej siłą jest nie pierwsza, przeintelektualizowana część, w której autor niejako na siłę stara się wepchać ideologię hipisowską w znane nurty filozoficzno-światopoglądowe. Są nią, zawarte w części drugiej, wywiady z członkami ruchu hipisowskiego. Przy czym sposób ich przeprowadzenia też pozostawia naprawdę wiele do życzenia, a bronią się tym, że wypowiadają się w nich rzeczywiście ciekawi ludzie. Sporo do życzenia pozostawia również sposób zredagowania książki. W znacznym stopniu wpłynęło to na poniższą ocenę.

Ocena: 6/10