Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

Raj utracony

Wzrost skomplikowania świata, w którym żyjemy, postępująca urbanizacja i industrializacja, znaczna degradacja środowiska naturalnego i liczne konsekwencje tych zjawisk wiodą do pytań o powrót do  natury. O to, czy nie bylibyśmy bardziej szczęśliwi i spełnieni rezygnując z wygód cywilizacji i wracając do życia tak, jak nasi przodkowie, jak ludzie pierwotni, dziś ukryci przed światem w niewielkich południowoamerykańskich społecznościach. Wiele wskazuje jednak, że do tego pierwotnego raju nie ma powrotu, że utraciliśmy go na zawsze.


Głęboka inność

Jacy są - lub byli, bo nie można zapominać, że społeczeństwa takie istniały na całym świecie, także na terytorium dzisiejszej Europy i Polski - ludzie pierwotni? Jacy wydawaliby się nam w odbiorze? Tajemniczy i dzicy, uwikłani w wiarę w duchy, magię i niezrozumiałe dla nas zjawiska nadprzyrodzone. Z czego wynika ich wiara, mistycyzm i szamaństwo? Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że z braku dostępu do cywilizacji, nauki i edukacji. Z braku wiedzy o tym, że choroby wywołują bakterie i wirusy, a nie rozgniewanie ducha drzew lub przodków, a zwycięstwo w wojnie z sąsiednim plemieniem to skutek lepszego uzbrojenia i taktyki, nie zaś efekt zbyt krótkiego odprawiania szamańskich rytuałów do boga-orła.

Diagnoza ta jest jednak błędna. Wiara w moce nadprzyrodzone nie wynika z cywilizacyjnego zacofania, braku wiedzy i naiwności członków społeczeństw pierwotnych. Wynika z tego, że umysłowość osób do nich należących jest inna od naszej. Mimo, że mózgi ludzi "dzikich" i "cywilizowanych" nie różnią się biologicznie, w naszych psychikach zachodzą kompletnie odmienne procesy. Zupełnie inaczej postrzegamy świat, zwracamy uwagę na kompletnie różne rzeczy, mamy odmienne rozumienie zasad, które rządzą człowiekiem i światem. 

Ludzka psychika kształtowała się w procesach ewolucji przez tysiące lat. Rezultaty tej ewolucji są odmienne u ludzi należących do społeczeństw nowoczesnych i pierwotnych, pozostających bez kontaktu ze sobą przez cały ten czas.

Rozumienie świata

Każde słowo ma dla każdej jednostki nieco inne znaczenie. Na każdy obraz, dźwięk czy wydarzenie reagujemy trochę inaczej, nieco inne emocje i odczucia wywołują. Ludzie są do siebie podobni tylko co do zasady, różnią się w szczegółach. Jest to efektem tego, że każdy bodziec, wszystko to, co widzimy, słyszymy lub odczuwamy jest interpretowane przez nasze mózgi nieco inaczej, z uwzględnieniem naszych doświadczeń z przeszłości, wyobrażeń i wrażliwości. Każdy bodziec, który odbieramy interpretowany przez naszą indywidualną psychikę. Na co dzień tego nie zauważamy. Psychologiczny kontekst, który interpretuje docierające do nas bodźce, leży bowiem w naszej podświadomości. 

Podświadomość zachowała wiele cech i elementów, z których umysł współczesnego człowieka uwalniał się na etapie ewolucji psychicznej: złudzenia, fantazje, mity i baśnie, instynkty, niewytłumaczalne wydarzenia. Nikt nie zbuduje wieżowca ani komputera w oparciu o baśń czy instynkt. W toku ewolucji wyrzuciliśmy wszystko to, co nie poddaje się nauce i logice, czego nie da się obliczyć, do podświadomości. Nie ma już bogów, których moglibyśmy wezwać na pomoc. Wielkie światowe religie cierpią na pogłębiającą się anemię, zbawcze bóstwa pierzchły z lasów, rzek, gór i zwierząt i zniknęły w podziemiach nieświadomości. W naszej psychice oddzieliliśmy grubym murem to, co logiczne i rozumowe od naszych nieświadomych fantazji i instynktów, traktując je jako bezużyteczne i nonsensowne. 

Chrześcijanie często pytają, dlaczego Bóg już do nich nie przemawia. Bóg nie podlega prawom logiki, jest niepojmowalny rozumowo. Opierając się wyłącznie na nich, nie da się usłyszeć Jego głosu.

Raj utracony

W psychice ludzi pierwotnych ta dysocjacja, podział na logiczne i rozumowe oraz baśniowe i instynktowne, nie istnieje. "Dzicy" żyją w świecie mistycyzmu i magii, w którym to, czego doświadczają we śnie i na jawie jest tak samo ważne i prawdziwe, a różnica pomiędzy ożywionym i martwym, przeszłością i teraźniejszością nie ma znaczenia. To, co nam wydaje się bezsensowne, naiwne i nieskuteczne, dla nich ma jak najbardziej sens, gdyż postrzegają to zgodnie z własnymi prawami logiki, zupełnie odmiennymi od naszych.

Człowiek współczesny nie jest w stanie do tego wrócić. Nie bez kolejnych setek lat ewolucji psychicznej. Nie potrafimy znów zanurzyć się w pierwotnej baśni, usunąć psychologicznej bariery logiczne - mistyczne. Utraciliśmy ten raj. 

Nawet, gdyby ktoś z nas przeniósł się do społeczeństwa o charakterze pierwotnym i zaczął posługiwać wyłącznie przedmiotami należącymi do jego członków, nigdy nie stanie się taki jak oni. Nie pozwoli mu na to psychiczna dysocjacja, prowadząca raczej do frustracji, niezrozumienia i prób budowania społeczeństwa opartego na racjonalności, niż do poczucia spełnienia i asymilacji.

Nowa dysocjacja

Dwudziesty pierwszy wiek niesie nowe wyzwania także w zakresie psychologii człowieka. W moim osobistym przekonaniu to, w jaki sposób członkowie nowoczesnych społeczeństw kreują się w Internecie, zwłaszcza w mediach społecznościowych, oraz w jaki sposób wygląda ich życie naprawdę, nosi znamiona kolejnej dysocjacji. Codzienne życie, zasadniczo nieatrakcyjne dla odbiorców mediów społecznościowych, spychane jest do przestrzeni domowej. Liczne jednostki podejmują próby, aby uczynić je jak najmniej zauważalnym, wypchnąć na manowce świadomości, poświęcać mu możliwie najmniej uwagi, refleksji i zainteresowania.

Od codzienności nie da się jednak uciec. Tak samo jak nie da się uciec od mitycznych, baśniowych i instynktownych elementów podświadomości. Można je tylko coraz bardziej ukrywać i ignorować. Nie znikają jednak z tego powodu i nierzadko dają o sobie znać. Pogłębia to poczucie niezrozumienia samego siebie, utraty wiary i sensu, a zadawane sobie na chwilę przed zaśnięciem pytania "kim naprawdę jestem?", "co powinienem robić?" i "dlaczego nie jestem szczęśliwy?" staną się powszechne, tak jak wynikające z tego zaburzenia takie jak neurozy i depresja. 

Jak temu zaradzić? Poświęcać więcej czasu sobie, rodzinie i znajomym - w sposób bezpośredni, nie przez media elektroniczne, ograniczając w ten sposób czas spędzany w Internecie - medytować, nie lekceważyć intuicji i przeczuć, dawać się porwać swoim instynktom - muzyce, zabawie, zmaganiom o urzeczywistnienie wyznawanych wartości i idei, zamiast się dystansować. Wierzyć - w boga, w dobro, w siebie, w braterstwo, w przyszłość.



Przygotowując ten artykuł korzystałem z książek:
C.G. Jung, Człowiek i jego symbole, wyd. Kos, Katowice 2018.
L. Levy-Bruhl, Czynności umysłowe w społeczeństwach pierwotnych, PWN, Warszawa 1992.

INDIANIN NA GAP YEAR

Współcześnie często praktykowane wyjazdy w podróż życia, mające na celu poznanie siebie samego poprzez postawienie się w obliczu nowych doświadczeń, ma wiele cech wspólnych z rytuałem przejścia, obecnym m.in. w kulturze Indian Ameryki Północnej. Ich wzajemne zestawienie uczy, czego i z jakiej przyczyny, należy się spodziewać przed swoim gap year.


Rytuał przejścia 

W wielu plemionach Indian Ameryki Północnej chłopcy w wieku nastoletnim podejmowali wyzwanie łączące się z cierpieniem lub trudnościami. Niektórzy z nich puszczali się samotnie w dół rzeki na tratwie, nie zabierając ze sobą jedzenia. Inni szukali odosobnienia w górach, wchodząc na najwyższy okoliczny szczyt, bez zważania niebezpieczeństwo ze strony dzikich zwierząt, wysokość i zimno. Wyzwanie mogło obejmować także długotrwały post, długotrwałą izolację od społeczeństwa, a nawet samookaleczenia. Po co to czynili? Istnieją przynajmniej ku temu przynajmniej dwa powody.

Po pierwsze, dla uzyskania statusu społecznego. Im większe, trudniejsze wyzwanie podejmowała dana osoba, im większych cierpień lub wyrzeczeń wymagało, tym za silniejszego mężczyznę, bardziej poważanego członka społeczeństwa była postrzegana. 

Drugim powodem była chęć doświadczenia przeżyć o charakterze duchowym, mistycznym, kontaktu z bogami, którzy - w nagrodę za podjęty trud - mieli wyjawić cechy charakteru i przeznaczenie danej osoby. Indianie wierzyli, że wzruszony wielkością cierpień i modlitwy, ukaże im się magiczny zwierz, będący odtąd ich stróżem, odkrywając zarazem imię, pod którym dana osoba będzie znana i szczególną moc, udzielaną przez opiekuna.

Wszystko to składało się na rytuał przejścia - przemiany z chłopca w mężczyznę.

Formy

Rytuał przejścia obecny jest nie tylko w kulturze Indian Ameryki Północnej. Na przestrzeni dziejów w różnych formach znany był niemal na całym świecie. Począwszy od starosłowiańskiej ceremonii postrzyżyn, przez udział w średniowiecznych turniejach rycerskich, aż do nowożytnego grand tour - podróży w jaką wyruszali młodzi arystokraci i intelektualiści europejscy, w celu zdobycia wiedzy o świecie, poszerzenia horyzontów myślowych i wyrobienia gustu.

Rytuału przejścia dokonuje się także dzisiaj. Wiele osób podejmuje charakterystyczne dla niego czynności i zachowania, nawet gdy nigdy nie słyszały o takim rytuale. Współcześnie często przybiera on formę wyjazdu na studia, z czym łączy się nie tylko opuszczenie domu rodzinnego i próby samodzielnego życia. W kulturze zachodniej (w tym także, pozostającej pod jej wpływem, kulturze polskiej) istoty jest także udział w "epickich" imprezach, testowanie na siebie używek wszelkiego typu, uprawianie seksu z możliwie największą liczbą kobiet. W przekonaniu tych, którzy w ten sposób postępują i folgują tego typu zachowaniom, służy to "otrzaskaniu się", "próbowaniu życia", zaś osoby wiodące w nich prym uważa się za najsprytniejsze, najinteligentniejsze, liderów społeczności. Może to smutne, ale czyż nie jest prawdą, że młodzi mężczyźni otaczają znacznym tych spośród swoich kolegów, którzy szczycą się "mocną głową" i są w stanie wypić najwięcej alkoholu? 

Na szczęście nie jest to jedyna współcześnie istniejąca forma rytuału przejścia. Równie popularny jest gap year, który najczęściej jest okresem (niekoniecznie rocznym) pomiędzy etapami życia, wykorzystywanym na zdobycie doświadczenia w nowym, odmiennym środowisku i kulturze, jako nauka samodzielności czy też realizacja marzenia o podróży życia. Liczne osoby wyruszają świat, aby zrozumieć samego siebie, znaleźć swoje powołanie, odkryć mocne i słabe strony. Z podróży przywożą nie tylko doświadczenia, ale również fotografie i filmy, które umieszczają w mediach społecznościowych, w celu zdobycia podziwu i uznania pośród swoich znajomych.

Czyż nie przypomina to zwyczajów indiańskich? W jednym i drugim przypadku celem jest poznanie siebie poprzez postawienie się w obliczu nowych doświadczeń, znalezienie odpowiedzi na pytanie o sens swojego życia. W obu liczy się pozycja społeczna, choć nieco inaczej zdobywana: w przypadku Indian, przez opowieści, pokazywanie blizn i ran, w przypadku gap year - przez zdjęcia w mediach społecznościowych.

Sens

Co znajdywali Indianie, gdy po tych wielu cierpieniach i wyrzeczeniach, jeśli przypadkiem udało im się nie zginąć po drodze, stawali na szczycie góry swojego przeznaczenia, bądź też udawało im się wykonać inne wyzwanie, którego się podjęli? Co działo się, gdy umęczeni, głodni i obdarci, zalewając się łzami, prosząc i jęcząc wzywali swoich bogów, by objawili im tajemnicę życia? Oczywiście nie działo się nic. Nie pojawiał się żaden tajemniczy głos, nie zostawali uśpieni w celu przeniesienia we śnie do świątyni magicznych zwierząt, nie spływała na nich żadna magiczna moc.

Tak samo dzieje się z ludźmi, którzy wyruszają w podróż życia. Spodziewają się odkrycia swojego przeznaczenia, zapisanego gdzieś w gwiazdach, czy będącego częścią boskiego planu, albo rzadkiego talentu, który posiadają, co ma ich uczynić szczęśliwym i bogatym w dalekich krajach, w zupełnie innej roli społecznej. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Ludzie, którzy wyjechali w podroż życia, najczęściej odkrywali podczas niej, że najbardziej zadowoleni będą żyjąc w miejscu i w sposób bardzo podobny do swoich rodziców. 

Rozczarowanie, że zamiast zostać gwiazdą w Bollywood albo leczyć chore dzieci w slumsach Sao Paulo, najbardziej szczęśliwy będę uprawiając ziemniaki pod Białymstokiem, tak jak rodzice, stanowi prawdziwą istotę rytuału przejścia. Jest nim zrozumienie, że życie nie ma żadnego transcendentalnego sensu. Nie istnieje żadna wyższa idea, której twoje i moje życie jest podporządkowane. Nie ma żadnego mistycznego przeznaczenia, ani powołania do wielkości. Celem życia jest wyłącznie ono samo. 

To uczy odpowiedzialności, nieoglądania się na bogów, ani liczenia na szczęśliwe zbiegi okoliczności przy podejmowaniu decyzji. Twardego stąpania po ziemi, zamiast bujania w obłokach. To kształtuje charakter, a więc czyni właśnie to, co na celu ma rytuał przejścia.

Dalej warto

Czy powyższe oznacza, że nie warto wyruszać w podróż  życia, a cały ten gap year to tylko kolejna moda? Nie, przynajmniej z kilku powodów w dalszym ciągu uważam, że odbycie takiej podróży jest bardzo wartościowe. Korzyści z niej wynikające nie ograniczają się do kategorii autopoznawczych. Cenne jest także wynikające z podróży życia poszerzenie horyzontów myślowych, zdobycie nowej wiedzy, wyrobienie gustu, poznanie nowych przyjaciół, czy też przeżycie ciekawej przygody.

Trzeba zwrócić uwagę na coś jeszcze: nie sądzę, aby bo przeczytaniu tego artykułu ktokolwiek był w pełni przekonany do wyrażonej w nim idei, że życie nie ma żadnego transcendentalnego uzasadnienia. Mnie też by nie przekonał, gdybym przeczytał go kilka lat temu. I nie wynika to z przyczyn tkwiących w artykule. Pewne rzeczy trzeba po prostu przeżyć, aby się do nich przekonać. Doświadczyć ich samemu. Pewnych rzeczy da się zrozumieć tylko wtedy, gdy samemu wyruszy się w podróż.

[Technologie] ELVIS ŻYJE!

Któregoś dnia wyszedłem na spacer z psem. Po Warszawie, nie po Tokio, Londynie ani Los Angeles. Między Dworcem Centralnym, a Pałacem Kultury ktoś ładował swój elektryczny samochód przy stacji, która tam się znajduje. Pies szczekał na drona, który krążył gdzieś na głowami, a obok, kilka centymetrów nad chodnikiem, przemknął chłopak na deskorolce elektrycznej. To właśnie przyszłość - pomyślałem - którą wyobrażałem sobie jako dziecko.

Hatsune Miku
Nowoczesne technologie coraz śmielej przenoszą się ze świata wirtualnego do obiektywnej rzeczywistości. Sprawianie pozorów, że wytwory nowoczesnych technologii są proste i całkowicie pod kontrolą użytkownika, chowanie ich za prostymi interfejsami czy ludźmi, których rola sprowadza się do jedynie do zapewnienia użytkownikowi komfortu psychicznego, powoli przestaje mieć pierwszorzędne znaczenie. Społeczeństwo przyzwyczaiło się już nieco do interakcji z technologią. Jej używanie nie wywołuje już tak wielkiego zdziwienia, jak kiedyś. Ale to dopiero początek drogi. Wiele rzeczy bowiem będziemy musieli jeszcze zaakceptować (albo i nie).

Miłość w czasach popkultury

Czy wierzysz w to, że roboty można kochać? Taką zwyczajną, ludzką miłością. Bzdura? Aby udowodnić, że to jednak jest możliwe mógłbym tu zwrócić uwagę, jak bardzo ludzie przywiązani są do przedmiotów (np. smartfonów czy konsol) i jak bardzo bolesna jest dla nich ich utrata. Mógłbym też zauważyć, że równie bolesna jest utrata danych w internecie (np. profilu w mediach społecznościowych, zdjęć z dysku wirtualnego). Sam niedawno straciłem dane strony internetowej i do dzisiaj jest mi z tym naprawdę źle. Tylko czy takie przywiązanie to już miłość? Można z tym polemizować.

Popatrzmy więc na inny przykład. W 2015 r. firma Sony ogłosiła, że nie będzie więcej produkować części zamiennych do robota Aibo, co odbiło się szerokim echem i wywołało olbrzymie niezadowolenie społeczne w Japonii. Czym jest Aibo? Otóż jest to autonomiczny robot-pies. W zależności od modelu AIBO potrafi reagować na komendy głosowe, wykonywać polecenia, poszukiwać przedmiotów czy osób. Nowsze modele mają możliwość połączenia się z internetem, czytanie poczty czy stron internetowych na głos, oraz prowadzą swój własny blog, przez który komunikują się z właścicielem samodzielnie  zamieszczając zdjęcia wraz z komentarzami. 

Nie pokochałbyś małego psiaczka, który posłusznie wykonuje komendy i regularnie zamieszcza w internecie wpisy, jak uwielbia swojego właściciela? I jednocześnie nie sika na dywan, ani nie trzeba go wyprowadzać w jesienne, deszczowe wieczory, kiedy tak strasznie się nie chce. Ja, po obejrzeniu kilku filmów z Aibo w roli głównej, muszę przyznać, że jest wspaniały. I chyba dlatego prasa zgodnie orzekła, że po zakończeniu produkcji części zamiennych Aibo będą umierać. Umierać, nie psuć się, ulegać uszkodzeniom, albo wychodzić z użycia. Umierać, jak istoty żywe.

Ale pies to dopiero początek. Co powiesz na seks-robota, obdarzonego sztuczną inteligencją? Wiele osób, które posiadają takie roboty, traktuje je bardzo podobnie, jak żywych partnerów. A małżeństwa z robotem? To dzieje się już teraz.

Może umrę, więcej sprzedam

Bardziej od seks-robotów zainteresowało mnie coś, co jeszcze do niedawna uważałem za niemożliwe: tworzenie sztuki - a zwłaszcza muzyki - przez maszyny. Wiedziałem o licznych projektach z tym związanych, z których największe znaczenie robił (a być może "robiła" - trudno traktować Hatsune Miku jako "to", a nie "ją") Hatsune Miku. 

Hatsune Miku to śpiewający, tańczący i występujący "na żywo", tzn. wraz z zespołem prawdziwych muzyków...hologram. Za brzmienie odpowiada program Vocaloid 4 firmy Yamaha, syntetyzujący brzmienie prawdziwego głosu. Wygląd 16-latki o turkusowych włosach Hatsune Miku zapewnia technikom animacji ruchu oraz holograficznej. Jaki daje to efekt? Milionów fanów na całym świecie. Choć trzeba oczywiście przyznać, że za ten sukces odpowiedzialni są także w dużej mierze wyśmienici i niezwykle pracowici ludzcy muzycy. 

No właśnie, człowiek zawsze musi być na końcu. Komputer może muzykę odtwarzać, ale nigdy nie będzie w stanie samodzielnie jej komponować. Przymioty kreatywności i rozpoznawania ludzkich uczuć należą wyłącznie do człowieka i przez niektórych mogą być utożsamiane jako dowód na istnienie absolutu. Tak przynajmniej myślałem do niedawna, a ściślej, do momentu, w którym zapoznałem się z dziełami algorytmu stworzonego przez David'a Cope'a.

David Cope przetworzył dzieła znanych kompozytorów - Mozarta, Vialdiego, Liszta czy Straussa - na język zrozumiałych przez komputer danych. Następnie załadował tymi danymi algorytm sztucznej inteligencji, której zadaniem było opracowanie całkowicie nowych utworów. Efekt jest niesamowity i praktycznie nieodróżnialny od pracy żywego człowieka.

Mając na uwadze, że hologramy zamiast muzyków to idea, która się szybko rozprzestrzenia - z hologramem Freddy'ego Mercury'ego występuje dzisiaj zespół Queen, w podobnej, zdematerializowanej formie na scenie pojawia się także Tupac Shakur - a algorytmu sztucznej inteligencji przeżywają szybki rozwój, być może wkrótce czeka nas wskrzeszenie Elvisa, który w dodatku będzie pisał nowe, bardzo dobre piosenki. 

O ile już się to nie stało.


PS: Spacerowałem z prawdziwym psem, nie psem-robotem.


DZIECI, HEROINA I CHIPSY DORITOS

Przed Wam krótki i - co najważniejsze - w przeciwieństwie do wszelkiej maści kołczów i doradców, liczących za swoje usługi setki złotych - darmowy - poradnik "Jak wyjść ze swojej strefy komfortu?".

Kadr z filmu "Kongres" reż. Ari Folman

Akt pierwszy. Scena pierwsza


Oglądam rosyjski teledysk. Sceneria Ułan Ude, miasta na dalekiej Syberii, do którego, w poszukiwaniu lepszego życia, przez lata ściągały okoliczne, koczownicze plemiona. Znalazły upadły przemysł i skupiska szarych, rozpadających się bloków. Znalazły ogromne bezrobocie, beznadzieję, biedę i uzależnienia. Stepowy piasek powoli zasypuje ulice. Przyroda stopniowo odbiera to, co człowiek z taką brutalnością jej wydarł. 

W teledysku młody chłopak, może trzynastoletni, wychodzi na dach bloku. Bierze heroinę i odpływa, choć na chwilę ucieka od tego przytłaczającego, bezsensownego świata, bez szans i bez celu.

Wgapiam się w ekran. Źrenice mam nienaturalnie rozszerzone. Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem coś tak mocnego. Tak strasznego i brutalnego. Jestem zaszokowany. I wnet, zupełnie bez uprzedzenia, w słuchawkach słyszę wesoły dżingiel, a na ekran wskakuje kolorowa reklama chipsów doritos, z hasłem "Podejmuj śmiałe wyzwania".

Akt pierwszy. Scena druga


Jadę metrem. Godziny szczytu, wagonik jest niemal pełny. Ze znudzeniem patrzę na zawieszony na ścianie monitor. Wesołe szczeniaki labradorów, biegając po zielonej, wiosennej trawie, bawią się papierem toaletowym popularnej marki. Pod spodem, na czerwonym pasku, gdzie wyświetlane są newsy, napis "47 OFIAR ZAMACHU W TURCJI". 

Kolejna reklama. Atrakcyjna, blondwłosa modelka, wystylizowana na gospodynię domową, wyjmuje z piekarnika pachnące ciasto. Z "Kasią" ci się upiecze - głosi slogan. Na pasku pod spodem "ROŚNIE TRAGICZNY BILANS POŻARÓW W USA".

Staram się nie patrzeć. Zakładam słuchawki. Robert Matera śpiewa: "Jest demokracja, więc nie ma litości. Na nic jest twój płacz. Takie są reguły tej gry. Masz wolność więc płać". Później wskakuje reklama skrzydełek z kurczaka z dowozem. 14,99 za 12 sztuk.

Przerwa


Co się z nami dzieje? Dlaczego nikt tego nie widzi? Czy nikomu nie przeszkadza ten kontrast? Dlaczego wszyscy to ignorują? Nikt się nie przejmuje?

W każdym z tych przypadków czułem, jakby mi ktoś napluł w mordę. Jakby mówił: "Mamy w dupie problemy świata. Ale chodź, zobacz jakie wspaniałe produkty oferujemy..."

Akt drugi. Scena pierwsza (i jedyna)


Czy czytałeś "Kongres futurologiczny" Lema? Albo oglądałeś film? 

Główny bohater, Ijon Tichy bierze udział w Światowym Kongresie Futurologicznym, obradującym w luksusowym hotelu nad problemem przeludnienia w świecie targanym konwulsjami wybuchów społecznych i skrajnie niestabilnym politycznie. Wkrótce po rozpoczęciu Kongresu, na ulicach miasta dochodzi do zamieszek. Tichy wraz z garstką uczestników chroni się w kanale ściekowym, dokąd docierają użyte w tłumieniu zamieszek chemiczne środki halucynogenne, które wywołują u bohatera ciąg urojeń. Doznając halucynacji wydaje mu się, że jest w 2039 roku w zadziwiająco idyllicznym świecie, zrewolucjonizowanym przez osiągnięcia chemii, gdzie niemal wszystkie ludzkie potrzeby są w nim zaspokajane poprzez bezpośrednie oddziaływanie na mózg wszechobecnych, rozpylanych w powietrzu, substancji chemicznych. Owe specyfiki są tak zaawansowane, że likwidują niepożądane społecznie zachowania, są łatwo przyswajalnym nośnikiem wiedzy, albo mogą wywołać dowolną (z góry zaplanowaną) projekcję, wizję, samopoczucie lub przekonanie u osoby je przyjmującej. W końcu budzi się i stwierdza, że nadal przebywa w kanale ściekowym pod gruzami zburzonego hotelu.

Koniec


O co w tym wszystkim chodzi? Czy o to żeby się martwić? Nie, nie to miałem na myśli. Żyjąc na co dzień w Europie i w Polsce, która - mimo swoich wszelkich wad - pozostaje jednym z najlepszych i najbogatszych krajów na świecie, często jesteśmy zaślepieni, tak jak bohaterowie powieści Lema. Wielu rzeczy świadomie lub podświadomie nie dostrzegamy, żyjąc w swojej bajce. I czasami dzieje się to dlatego, że ktoś nie chce, abyśmy je widzieli. Ludzie martwiący się o planetę nie kupują produktów z taniego, chińskiego plastyku. Ludzie, którzy przyjaźnią się z innymi, trudno jest zaszczuć przeciw nim, dla uzyskania celów politycznych. Czasami też nie dostrzegamy zbyt wiele, bo jest nam po prostu wygodniej się nie przejmować. 

Tylko czy naprawdę chcemy tkwić w tej bajce? Czy jesteśmy zdecydowani poświęcić prawdę dla wygody? Postępować tak, jak powiedzą nam inni?

To nie skok na bungee ani podróż do Tajlandii jest "wychodzeniem ze strefy komfortu". Jest nim spojrzenie na to, jak świat wygląda naprawdę. Dostrzeżenie także tych niewygodnych rzeczy i spraw, które na co dzień starasz się ignorować. I działanie, aby je zmienić.

POSTHUMANIZM: CZY WYSYŁANIE MOCZU W KOSMOS ZAPEWNI NAM NIEŚMIERTELNOŚĆ?

Czy życie na ziemi powstało tylko dlatego, że w którymś z kosmicznych spodków zatkała się toaleta, a  jego załoga musiała zatrzymać się na ziemi, żeby się wysikać? Takie przedstawienie genesis - o dziwo - nie musi być wyłącznie fantasmagorią i w dużej części może być uzasadnione naukowo.



Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi.

Powyższy cytat z Księgi Rodzaju od średniowiecza dominuje w myśleniu o roli człowieka w przyrodzie. Roli - dodać należy - kluczowej, ponad wszelkimi innymi gatunkami żyjącymi, którymi człowiek, jako jedyny obdarzony duszą, ma prawo (a przez to moralne i etyczne uzasadnienie) władać.

Także nowożytność nie przyniosła zasadniczych zmian w tym zakresie. Związana z nimi laicyzacja sprawiła jedynie, że zamiast duszy, jako uzasadnienia władztwa człowieka nad innymi gatunkami, wskazuje się inteligencję ('człowiek jest jedyną na ziemi istotą inteligentną') lub ewolucję ('człowiek stoi na szczycie drzewa ewolucji').

Dopiero w ciągu ostatnich kilkudziesięciu latach, powoli wracają do życia koncepcje, że jesteśmy równorzędną częścią przyrody. Że nie mamy uzasadnienia moralnego, by stawiać się ponad nią, a zwierzęta i rośliny również mają swoje prawa, które należy chronić. W pewnej części znalazło to odzwierciedlenie w ustawodawstwie oraz sposobie zachowania ludzi. W pewnej części, gdyż - mimo tendencji w tym kierunku - wciąż nie doszło do zrównania statusu człowieka i przyrody. Człowiek wciąż stawia się ponad przyrodą, nadając jej jedynie pewne prawa.

Mimo tego, zapytać należy, skąd wzięła się ta zmiana w myśleniu? Skąd pomysł, że rośliny i zwierzęta mogą być nie mniej ważne niż cywilizacja tworzona przez ludzi?

Wynika to przede wszystkim ze spostrzeżenia, jak dalece doprowadziliśmy do zniszczenia, degradacji i zanieczyszczenia przyrody oraz tego, jak fatalnie odbija się to na kondycji człowieka. Ale to nie wszystko. Jedną z przyczyn, w mojej opinii, jest także odmienne spostrzeżenia na człowieka. Zrozumienie, że z miejscem, w którym żyjemy łączy nas zdecydowanie więcej, niż nam się wydawało.

Człowiek planetarny


Skąd w ogóle pochodzi człowiek? Od małpy - to bardzo rozpowszechnione, uproszczone i z gruntu rzeczy nieprawdziwe stwierdzenie. Nawet jego bardziej poprawna wersja, stanowiąca, że człowiek i niektóre gatunki małp mają wspólnego przodka jest obarczona zasadniczą wadą w postaci zatrzymania się na pewnym, mocno już zaawansowanym, etapie życia biologicznego. Żeby powstał ten wspólny przodek człowieka i małp musiały bowiem minąć setki milionów lat ewolucji, począwszy od prostych bakterii, organizmów jednokomórkowych, wielokomórkowców, białek, bardziej złożonych organizmów morskich i wiele, wiele innych, aż do ssaków lądowych.

Patrząc na ewolucję w ten sposób dostrzegamy, że źródłem pochodzenia człowieka jest raczej pierwszy występujący na ziemi organizm żywy, jakiegoś rodzaju proto-bakteria. I jest ona nie tylko źródłem pochodzenia samego człowieka, ale także zwierząt, roślin, grzybów i całego biologicznego życia na ziemi. Mamy wspólnego przodka nie tylko z małpami, ale ze wszystkim, co żyje na tej planecie.

Ale czy to na pewno koniec? Czy ewolucja na pewno zaczyna się od tej proto-bakterii? Czy na pewno nie można pomyśleć o niczym dalej?

Otóż można. W ostatnich czasach mówi się także o ewolucji geologicznej i jej wpływie na rozwój życia na ziemi. Powstanie pierwszej proto-bakterii wymaga bowiem, by istniały odpowiednie związki chemiczne. Nie było ich od samego początku na naszej planecie, dopiero odpowiednie procesy geologiczne doprowadziły do ich utworzenia (związki chemiczne, utworzone w procesach geologicznych nazywamy minerałami). Innymi słowy, minerały także stanowią część ewolucji.

Włączając do naszego myślenia o tym, skąd pochodzimy, narrację związaną z powstaniem życia na ziemi, a także ewolucją geologiczną, dostrzegamy to, jak bardzo jesteśmy związani z tą planetą, z elementami przyrody zarówno ożywionej i nieożywionej. Dzięki temu możemy spojrzeć z trochę innego innego miejsca na to, jaką rolę pełni człowiek na ziemi. Zastanowić, czy uzasadnionym moralnie i etycznie jest stawianie się ponad przyrodą. 

No dobra, ale co z moczem i nieśmiertelnością?


Postrzeganie przez człowieka siebie samego jako dominującego nad przyrodą, jej pana i władcę, wiąże się też z kwestią pewnej indywidualizacji. Kwestię tą zauważono już w filozofii starogreckiej, wyróżniając pojęcia zoe - życia w ogólności, a także bios - życia zindywidualizowanego. Przymiot życia w sposób zindywidualizowany (bios) nadaje się zazwyczaj wyłącznie człowiekowi.

Wyjaśniając to bardziej obrazowo, śmierć człowieka (bios) postrzegana jest jako koniec. Natomiast inaczej patrzymy na śmierć zwierzęcia lub rośliny (zoe). Na przykład, śmierć wiewiórki nie jest postrzegana jako jakiegoś rodzaju koniec, ginie osobnik, ale wiewiórki żyją nadal. Pomijając przypadki ekstremalne, gdy ginie cały gatunek, życie roślin i zwierząt, odradzające się regularnie, jest w zasadzie nieskończone. Oczywiście, to samo można by powiedzieć o człowieku. Sęk w tym, że na człowieka patrzymy jako na zindywidualizowaną jednostkę, nie zaś jako gatunek. Różnica tkwi w postrzeganiu.

To zestawić należy ze wspomnianą wcześniej ewolucją geologiczną. Warunkiem niezbędnym do powstania życia organicznego na ziemi, pierwszej proto-bakterii, od której wszystko się zaczęło, było pojawienie się pewnej ilości rozpuszczalnego w wodzie fosforu. Tego rodzaju fosforu brakowało na naszej planecie. Istnieją dwie teorie, skąd się wziął. Po pierwsze, mógł spontanicznie powstać w procesach geologicznych. Po drugie, mógł zostać przyniesiony na ziemię z innych miejsc wszechświata - przez meteoryty, pył kosmiczny, bądź też, jak wierzą niektórzy, wizytę przedstawicieli obcych cywilizacji.

Dodać należy, że dużą ilość rozpuszczalnego w wodzie fosforu zawiera mocz. Stąd właśnie żartobliwe wprowadzenie do niniejszego artykułu, ale także projekt artysty Michaela Burtona pn. Astronomical Bodies, by ludzki mocz wysyłać na inne planety, tak aby zawarty w nim fosfor posłużył do rozwoju nowego życia i tym samym zapewnił człowiekowi - rozumianemu jako gatunek - nieśmiertelność.


O społecznej potrzebie utopii

Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie myśl, że aby sprostać wyzwaniom, przed którymi stoi dzisiejszy świat, konieczna jest radykalna zmiana sposobu myślenia i wartości, którymi kierują się jego mieszkańcy. Myśląc o tym, na czym taka zmiana mogłaby dokładnie polegać, doszedłem do wniosku, że to, co robię, to właściwie projektowanie utopii. A więc czegoś, co - zgodnie z encyklopedią - potocznie uważane jest za mrzonkę, coś niemożliwego do zrealizowania. Ale czy to na pewno oznacza, że utopie nie są potrzebne?
Makis E. Warlamis, Utopien 04
CC BY-SA 3.0

Problemy, przed którymi stoi dzisiejszy świat, takie jak skrajne nierówności ekonomiczne, globalne ocieplenie, znaczne zanieczyszczenie środowiska, wyczerpanie tradycyjnych zasobów, rozwój tendencji o charakterze ekstremistycznym, zależność od w dużej mierze oderwanego od rzeczywistości systemu finansowego, zmiany społeczne wynikające z rozwoju technologii, mają wyjątkowo złożony charakter i - w dobie globalizacji - są ze sobą ściśle powiązane. Z tego wynikają dwa wnioski. Po pierwsze, rozwiązanie tylko jednego lub kilku z tych problemów, w oderwaniu od pozostałych, nie jest możliwe. Konieczne jest mierzenie się z nimi wszystkimi jednocześnie. Po drugie, jeśli już wziąć wszystkie te problemy razem, okazuje się, że w mniejszym lub większym stopniu dotyczą chyba wszystkich dziedzin życia. A to oznacza, że mierzenie się z nimi można porównać do konstruowania nowego świata. 

To właśnie doprowadziło mnie do myśli utopijnych. Przy czym wcale nie traktowałem (ani nadal nie traktuję) hasła "konstruowanie nowego świata" jako bzdurę. Co więcej, uważam, że jest to możliwe i, jak zaznaczyłem na wstępie, powinno się odbywać na drodze radykalnej zmiany sposobu myślenia oraz wartości, jakimi kierują się ludzie. Tak, aby doświadczenia związane z przebywaniem z innymi, współczuciem, czy solidarnością międzyludzką zdecydowanie górowały nad konsumpcjonistyczną potrzebą nabywania nowych rzeczy. Pisał o tym m.in. prof. Andrzej Szahaj w artykule pt. "Nieuchronność klęski klimatycznej".

Tylko, czy ta, lub jakakolwiek inna utopia - założenie pozytywnej zmiany świata o zasięgu globalnym - w ogóle ma szanse się kiedykolwiek rzeczywiście wydarzyć? Pozostając tylko i wyłącznie w sferze faktów, a analizując twarde dane dotyczące tego, jak świat wygląda dzisiaj i w którym kierunku się rozwija, można w to poważnie wątpić. Nie stanowi to jednak o bezużyteczności projektowania utopii. 

Czy tego chcemy, czy nie, człowiek nie jest istotą, która polega wyłącznie na faktach, nie przyjmuje żadnych innych argumentów niż te, oparte na obliczeniach bądź badaniach naukowych. Chodź może brzmieć to naiwnie, wiele decyzji człowieka nie jest motywowanych czymś, co nazywamy racjonalnością. W procesie decyzyjnym ważną rolę pełnią emocje i uczucia, intuicja czy wiara. I właśnie do tej ostatniej chciałbym się odnieść.

Utopia to pojęcie, które zamiast w sferze faktów, powinno być raczej rozpatrywane w kategoriach wiary, rozumianej  szeroko, jako przekonanie, że w przyszłości nastąpią określone wydarzenia. Wiara różni się od nauki tym, że nie jest zależna od faktów. Na tym polega zarówno wiara w absolut, mimo braku  jego przejawów, które mogłyby podlegać weryfikacji naukowej, jak też wiara w to, że jak przyjdę rano spóźniony do pracy, to nikt nie zauważy. 

Także utopia powinna być traktowana jako przedmiot wiary. Coś, co niesie pocieszenie, że choć dziś jest średnio, to jutro będzie lepiej. Coś, co łączy ludzi i motywuje ich do wspólnej pracy na rzecz poprawy sytuacji. Ale także coś, co stanowi przeciwstawienie czarnowidztwu, przekonaniom, że będzie tylko gorzej, że nic nie możemy zrobić i apokaliptycznym wizjom świata.

Dostrzegam wyraźną potrzebę konstruowania tak rozumianych i w ten sposób stosowanych utopii. Potrzebę tą widzę pośród ludzi którzy mnie otaczają na co dzień, w znacznej części ignorujących wyzwania, przed którymi stoimy jako ludzkość, i powtarzających, że skoro sami nic nie mogą zrobić, to nie ma sensu się tym przejmować. To ludzie, którzy twierdzą, że ich głos nic nie znaczy, nie włączają się w działania społeczne, ponieważ uważają, że nie mają one sensu (bo są zbyt mało znaczące, aby cokolwiek zmienić), koncentrując się wyłącznie na zaspakajaniu swoich indywidualnych potrzeb.

Niestety, brak wiary w możliwość uczynienia świata lepszym dostrzegam także pośród osób angażujących się w działania o charakterze politycznym, dla których zmienianie świata powinno być w zasadzie celem. I to zarówno po lewej stronie politycznej, gdzie coraz częściej słyszę rozmowy, że nadciąga nowy kryzys (zamiast o tym, jak sprawić, by go nie było), jak i prawej. Wydaje mi się bowiem, że konserwatywny zwrot świata (na ten temat zob. m.in. artykuł prof. R. Machnikowskiego pt. "Konserwatywny zwrot świata" ) jest również konsekwencją braku wiary w możliwość stworzenia lepszego świata. Innymi słowy - braku utopii. Rozwój tendencji narodowych w wielu państwach Europy, m.in. w Wielkiej Brytanii, Włoszech, Holandii, Turcji, Rosji, Węgrzech, ale także oczywiście Polsce, rządy konserwatystów w największych państwach obu Ameryk - Trumpa w USA i Bolsonaro w Brazylii, bierze się stąd, że obywatele tych państw zauważyli, że wcale nie jest dobrze i nie zanosi się, aby było lepiej. Wobec braku jasnej i w miarę konkretnej wizji przyszłości, braku utopii, starają się niejako odwrócić historię, wracając do zasad i wartości obowiązujących wtedy, gdy wszystko wydawało się być w porządku.

Przyszłość nie będzie ani zła, ani dobra. Przyszłość będzie dokładnie taka, jaką my, ludzie, sobie sami zbudujemy. Do tego potrzebna jest jednak jakaś wizja, jakiś cel, coś do czego świadomie można zmierzać, jakaś utopia. I dlatego powinniśmy rozmawiać o przyszłości, zastanawiać się, jak chcemy, aby wyglądała, i wierząc głęboko, że tak rzeczywiście się stanie, brać sprawy we własne ręce,co dzień choć po troszeczku zmieniając na lepsze otaczającą rzeczywistość.


Sama miłość nie wystarczy

Niedawno zabrałem głos w dyskusji dotyczącej adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Mówiąc ściślej, odniosłem się do sytuacji kobiet pozostających w związku, choć te same uwagi można by odnieść również do par gejowskich.



Przyznanie się pary lesbijek do tego, że chciałyby razem mieć (wychowywać) dziecko, wywołało lawinę hejtu w internecie. Liczne komentarze pod postem, zawierającym to odważne oświadczenie, nie nadają się do zacytowania. Ich autorzy nie zamierzali bowiem podjąć dyskusji, ani też wyrazić swojej opinii, a jedynie obrazić autorki. Kilku pozostałych akcentowało, że dziecko do prawidłowego rozwoju wymaga także męskiego wzorca. Odpowiadając im, napisałem:

Jakoś gdy mój - i dziesiątek tysięcy osób w podobnej sytuacji - ojciec zlewał pałę z kolegami, zamiast zajmować się rodziną, to nikt nie krzyczał, że to niedopuszczalne, bo dziecko potrzebuje męskiego wzorca. Skąd teraz troska o to?

Od ojca nauczyłem się, że gdy potrzebujesz pieniędzy na alkohol, najłatwiej "pożyczyć" od dziecka komunijne, urodzinowe, czy kieszonkowe. Dziecko przecież się nie upomni o zwrot, a nawet jeśli to wystarczy powiedzieć "później", albo "nie mam". Ojciec pokazał mi, jak można mieć wszystko w dupie, produkując czwórkę dzieciaków, i zostawiając je na utrzymaniu jednej kobiety, pracującej gdzieś na podlaskiej wsi lat dziewięćdziesiątych. Pamiętam taki letni dzień, w którym mama, mimo, że pracowała od świtu do nocy, prosiła nas, żebyśmy poszli do babci, bo w domu nie ma nic do jedzenia i nie mamy żadnych pieniędzy, aby cokolwiek kupić. Pamiętam, jak wiele razy odcinano nam prąd za niepłacenie rachunków. Od ojca, który nigdy nie dostrzegał problemów ze swoim alkoholizmem, wiem, co to znaczy ignorancja. To on pokazał mi jak nie mieć ambicji, nie wierzyć w możliwość zmiany, jak zmarnować sobie życie.

Cóż. Tak bywa. Jakoś wyparłem to z pamięci przez te wszystkie lata. 

Nie udało mi się pozbyć jednak jakiegoś braku. Trudno mi to do końca określić. To jakiegoś rodzaju żal, pomieszany z poczuciem pustki, który odczuwam, patrząc jak marnie sobie radzę z podrywaniem dziewczyn, jeżdżeniem samochodem (do dzisiaj nie mam prawa jazdy), czy współzawodniczeniem z innymi facetami (jestem słaby w dyscyplinach jeden na jeden, odnajduję się bardziej w grach zespołowych).

I mając to na uwadze, zacząłem się zastanawiać, że może rzeczywiście jestem w błędzie. Że sam nie chciałbym mieć dwóch mam. Ale to chyba nie do końca tak.

Rola matki w wychowaniu dziecka wydaje mi się dość intuicyjna. Matka jest tą osobą, która daje miłość. Dziecko idzie do matki po ciepło, współczucie, przytulić się, wyżalić, wypłakać. Matka zawsze pocieszy, zawsze powie dobre słowo, ochroni przed złem. A jaka jest rola ojca? Jakim sam chciałbym być ojcem? Tak, zastanawiałem się nad tym. Chciałbym mieć w przyszłości dzieci i być dla nich kimś. Tylko, właśnie, kim?

Chciałbym, aby ten świat był dobry, miły i piękny. Ale nie zawsze taki jest. Nie da się przejść przez życie bez szwanku, kierując się wyłącznie miłością. Jeszcze się nie da. Czasami  natomiast trzeba być twardym, wytrwałym i silnym, czasami - przebiegłym i sprytnym, czasami trzeba podjąć ryzyko, a czasami unieść ciężar odpowiedzialności. Na tym polega radzenie sobie w życiu. I to właśnie, jak radzić sobie w życiu w różnych sytuacjach, wykorzystywać szanse ale także podnosić po porażkach, chciałbym przekazać swoim dzieciom, jeśli tylko kiedykolwiek będę je miał. W ten sposób widzę rolę ojca w wychowywaniu dzieci. Nie oznacza to oczywiście, że ojciec nie ma prawa być czuły i opiekuńczy. Chodzi raczej o rozłożenie akcentów.

Jednak nie tyko mężczyźni radzą sobie w życiu. Kobiety pod tym względem nie są ani trochę gorsze. I nie tylko mężczyźni mogą przekazywać dzieciom te umiejętności i wiedzę. I tu dochodzimy do sedna. Nie chciałbym mieć dwóch mam, jeśli żadna z nich, poza miłością, nie byłaby mi w stanie pokazać jak radzić sobie w naszym, dalekim od ideału, świecie. Sama miłość nie wystarczy. Trzeba coś więcej. I jeżeli tylko dostawałbym to coś więcej, płeć rodziców naprawdę nie byłaby taka istotna.