Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

Raj utracony

Wzrost skomplikowania świata, w którym żyjemy, postępująca urbanizacja i industrializacja, znaczna degradacja środowiska naturalnego i liczne konsekwencje tych zjawisk wiodą do pytań o powrót do  natury. O to, czy nie bylibyśmy bardziej szczęśliwi i spełnieni rezygnując z wygód cywilizacji i wracając do życia tak, jak nasi przodkowie, jak ludzie pierwotni, dziś ukryci przed światem w niewielkich południowoamerykańskich społecznościach. Wiele wskazuje jednak, że do tego pierwotnego raju nie ma powrotu, że utraciliśmy go na zawsze.


Głęboka inność

Jacy są - lub byli, bo nie można zapominać, że społeczeństwa takie istniały na całym świecie, także na terytorium dzisiejszej Europy i Polski - ludzie pierwotni? Jacy wydawaliby się nam w odbiorze? Tajemniczy i dzicy, uwikłani w wiarę w duchy, magię i niezrozumiałe dla nas zjawiska nadprzyrodzone. Z czego wynika ich wiara, mistycyzm i szamaństwo? Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że z braku dostępu do cywilizacji, nauki i edukacji. Z braku wiedzy o tym, że choroby wywołują bakterie i wirusy, a nie rozgniewanie ducha drzew lub przodków, a zwycięstwo w wojnie z sąsiednim plemieniem to skutek lepszego uzbrojenia i taktyki, nie zaś efekt zbyt krótkiego odprawiania szamańskich rytuałów do boga-orła.

Diagnoza ta jest jednak błędna. Wiara w moce nadprzyrodzone nie wynika z cywilizacyjnego zacofania, braku wiedzy i naiwności członków społeczeństw pierwotnych. Wynika z tego, że umysłowość osób do nich należących jest inna od naszej. Mimo, że mózgi ludzi "dzikich" i "cywilizowanych" nie różnią się biologicznie, w naszych psychikach zachodzą kompletnie odmienne procesy. Zupełnie inaczej postrzegamy świat, zwracamy uwagę na kompletnie różne rzeczy, mamy odmienne rozumienie zasad, które rządzą człowiekiem i światem. 

Ludzka psychika kształtowała się w procesach ewolucji przez tysiące lat. Rezultaty tej ewolucji są odmienne u ludzi należących do społeczeństw nowoczesnych i pierwotnych, pozostających bez kontaktu ze sobą przez cały ten czas.

Rozumienie świata

Każde słowo ma dla każdej jednostki nieco inne znaczenie. Na każdy obraz, dźwięk czy wydarzenie reagujemy trochę inaczej, nieco inne emocje i odczucia wywołują. Ludzie są do siebie podobni tylko co do zasady, różnią się w szczegółach. Jest to efektem tego, że każdy bodziec, wszystko to, co widzimy, słyszymy lub odczuwamy jest interpretowane przez nasze mózgi nieco inaczej, z uwzględnieniem naszych doświadczeń z przeszłości, wyobrażeń i wrażliwości. Każdy bodziec, który odbieramy interpretowany przez naszą indywidualną psychikę. Na co dzień tego nie zauważamy. Psychologiczny kontekst, który interpretuje docierające do nas bodźce, leży bowiem w naszej podświadomości. 

Podświadomość zachowała wiele cech i elementów, z których umysł współczesnego człowieka uwalniał się na etapie ewolucji psychicznej: złudzenia, fantazje, mity i baśnie, instynkty, niewytłumaczalne wydarzenia. Nikt nie zbuduje wieżowca ani komputera w oparciu o baśń czy instynkt. W toku ewolucji wyrzuciliśmy wszystko to, co nie poddaje się nauce i logice, czego nie da się obliczyć, do podświadomości. Nie ma już bogów, których moglibyśmy wezwać na pomoc. Wielkie światowe religie cierpią na pogłębiającą się anemię, zbawcze bóstwa pierzchły z lasów, rzek, gór i zwierząt i zniknęły w podziemiach nieświadomości. W naszej psychice oddzieliliśmy grubym murem to, co logiczne i rozumowe od naszych nieświadomych fantazji i instynktów, traktując je jako bezużyteczne i nonsensowne. 

Chrześcijanie często pytają, dlaczego Bóg już do nich nie przemawia. Bóg nie podlega prawom logiki, jest niepojmowalny rozumowo. Opierając się wyłącznie na nich, nie da się usłyszeć Jego głosu.

Raj utracony

W psychice ludzi pierwotnych ta dysocjacja, podział na logiczne i rozumowe oraz baśniowe i instynktowne, nie istnieje. "Dzicy" żyją w świecie mistycyzmu i magii, w którym to, czego doświadczają we śnie i na jawie jest tak samo ważne i prawdziwe, a różnica pomiędzy ożywionym i martwym, przeszłością i teraźniejszością nie ma znaczenia. To, co nam wydaje się bezsensowne, naiwne i nieskuteczne, dla nich ma jak najbardziej sens, gdyż postrzegają to zgodnie z własnymi prawami logiki, zupełnie odmiennymi od naszych.

Człowiek współczesny nie jest w stanie do tego wrócić. Nie bez kolejnych setek lat ewolucji psychicznej. Nie potrafimy znów zanurzyć się w pierwotnej baśni, usunąć psychologicznej bariery logiczne - mistyczne. Utraciliśmy ten raj. 

Nawet, gdyby ktoś z nas przeniósł się do społeczeństwa o charakterze pierwotnym i zaczął posługiwać wyłącznie przedmiotami należącymi do jego członków, nigdy nie stanie się taki jak oni. Nie pozwoli mu na to psychiczna dysocjacja, prowadząca raczej do frustracji, niezrozumienia i prób budowania społeczeństwa opartego na racjonalności, niż do poczucia spełnienia i asymilacji.

Nowa dysocjacja

Dwudziesty pierwszy wiek niesie nowe wyzwania także w zakresie psychologii człowieka. W moim osobistym przekonaniu to, w jaki sposób członkowie nowoczesnych społeczeństw kreują się w Internecie, zwłaszcza w mediach społecznościowych, oraz w jaki sposób wygląda ich życie naprawdę, nosi znamiona kolejnej dysocjacji. Codzienne życie, zasadniczo nieatrakcyjne dla odbiorców mediów społecznościowych, spychane jest do przestrzeni domowej. Liczne jednostki podejmują próby, aby uczynić je jak najmniej zauważalnym, wypchnąć na manowce świadomości, poświęcać mu możliwie najmniej uwagi, refleksji i zainteresowania.

Od codzienności nie da się jednak uciec. Tak samo jak nie da się uciec od mitycznych, baśniowych i instynktownych elementów podświadomości. Można je tylko coraz bardziej ukrywać i ignorować. Nie znikają jednak z tego powodu i nierzadko dają o sobie znać. Pogłębia to poczucie niezrozumienia samego siebie, utraty wiary i sensu, a zadawane sobie na chwilę przed zaśnięciem pytania "kim naprawdę jestem?", "co powinienem robić?" i "dlaczego nie jestem szczęśliwy?" staną się powszechne, tak jak wynikające z tego zaburzenia takie jak neurozy i depresja. 

Jak temu zaradzić? Poświęcać więcej czasu sobie, rodzinie i znajomym - w sposób bezpośredni, nie przez media elektroniczne, ograniczając w ten sposób czas spędzany w Internecie - medytować, nie lekceważyć intuicji i przeczuć, dawać się porwać swoim instynktom - muzyce, zabawie, zmaganiom o urzeczywistnienie wyznawanych wartości i idei, zamiast się dystansować. Wierzyć - w boga, w dobro, w siebie, w braterstwo, w przyszłość.



Przygotowując ten artykuł korzystałem z książek:
C.G. Jung, Człowiek i jego symbole, wyd. Kos, Katowice 2018.
L. Levy-Bruhl, Czynności umysłowe w społeczeństwach pierwotnych, PWN, Warszawa 1992.

INDIANIN NA GAP YEAR

Współcześnie często praktykowane wyjazdy w podróż życia, mające na celu poznanie siebie samego poprzez postawienie się w obliczu nowych doświadczeń, ma wiele cech wspólnych z rytuałem przejścia, obecnym m.in. w kulturze Indian Ameryki Północnej. Ich wzajemne zestawienie uczy, czego i z jakiej przyczyny, należy się spodziewać przed swoim gap year.


Rytuał przejścia 

W wielu plemionach Indian Ameryki Północnej chłopcy w wieku nastoletnim podejmowali wyzwanie łączące się z cierpieniem lub trudnościami. Niektórzy z nich puszczali się samotnie w dół rzeki na tratwie, nie zabierając ze sobą jedzenia. Inni szukali odosobnienia w górach, wchodząc na najwyższy okoliczny szczyt, bez zważania niebezpieczeństwo ze strony dzikich zwierząt, wysokość i zimno. Wyzwanie mogło obejmować także długotrwały post, długotrwałą izolację od społeczeństwa, a nawet samookaleczenia. Po co to czynili? Istnieją przynajmniej ku temu przynajmniej dwa powody.

Po pierwsze, dla uzyskania statusu społecznego. Im większe, trudniejsze wyzwanie podejmowała dana osoba, im większych cierpień lub wyrzeczeń wymagało, tym za silniejszego mężczyznę, bardziej poważanego członka społeczeństwa była postrzegana. 

Drugim powodem była chęć doświadczenia przeżyć o charakterze duchowym, mistycznym, kontaktu z bogami, którzy - w nagrodę za podjęty trud - mieli wyjawić cechy charakteru i przeznaczenie danej osoby. Indianie wierzyli, że wzruszony wielkością cierpień i modlitwy, ukaże im się magiczny zwierz, będący odtąd ich stróżem, odkrywając zarazem imię, pod którym dana osoba będzie znana i szczególną moc, udzielaną przez opiekuna.

Wszystko to składało się na rytuał przejścia - przemiany z chłopca w mężczyznę.

Formy

Rytuał przejścia obecny jest nie tylko w kulturze Indian Ameryki Północnej. Na przestrzeni dziejów w różnych formach znany był niemal na całym świecie. Począwszy od starosłowiańskiej ceremonii postrzyżyn, przez udział w średniowiecznych turniejach rycerskich, aż do nowożytnego grand tour - podróży w jaką wyruszali młodzi arystokraci i intelektualiści europejscy, w celu zdobycia wiedzy o świecie, poszerzenia horyzontów myślowych i wyrobienia gustu.

Rytuału przejścia dokonuje się także dzisiaj. Wiele osób podejmuje charakterystyczne dla niego czynności i zachowania, nawet gdy nigdy nie słyszały o takim rytuale. Współcześnie często przybiera on formę wyjazdu na studia, z czym łączy się nie tylko opuszczenie domu rodzinnego i próby samodzielnego życia. W kulturze zachodniej (w tym także, pozostającej pod jej wpływem, kulturze polskiej) istoty jest także udział w "epickich" imprezach, testowanie na siebie używek wszelkiego typu, uprawianie seksu z możliwie największą liczbą kobiet. W przekonaniu tych, którzy w ten sposób postępują i folgują tego typu zachowaniom, służy to "otrzaskaniu się", "próbowaniu życia", zaś osoby wiodące w nich prym uważa się za najsprytniejsze, najinteligentniejsze, liderów społeczności. Może to smutne, ale czyż nie jest prawdą, że młodzi mężczyźni otaczają znacznym tych spośród swoich kolegów, którzy szczycą się "mocną głową" i są w stanie wypić najwięcej alkoholu? 

Na szczęście nie jest to jedyna współcześnie istniejąca forma rytuału przejścia. Równie popularny jest gap year, który najczęściej jest okresem (niekoniecznie rocznym) pomiędzy etapami życia, wykorzystywanym na zdobycie doświadczenia w nowym, odmiennym środowisku i kulturze, jako nauka samodzielności czy też realizacja marzenia o podróży życia. Liczne osoby wyruszają świat, aby zrozumieć samego siebie, znaleźć swoje powołanie, odkryć mocne i słabe strony. Z podróży przywożą nie tylko doświadczenia, ale również fotografie i filmy, które umieszczają w mediach społecznościowych, w celu zdobycia podziwu i uznania pośród swoich znajomych.

Czyż nie przypomina to zwyczajów indiańskich? W jednym i drugim przypadku celem jest poznanie siebie poprzez postawienie się w obliczu nowych doświadczeń, znalezienie odpowiedzi na pytanie o sens swojego życia. W obu liczy się pozycja społeczna, choć nieco inaczej zdobywana: w przypadku Indian, przez opowieści, pokazywanie blizn i ran, w przypadku gap year - przez zdjęcia w mediach społecznościowych.

Sens

Co znajdywali Indianie, gdy po tych wielu cierpieniach i wyrzeczeniach, jeśli przypadkiem udało im się nie zginąć po drodze, stawali na szczycie góry swojego przeznaczenia, bądź też udawało im się wykonać inne wyzwanie, którego się podjęli? Co działo się, gdy umęczeni, głodni i obdarci, zalewając się łzami, prosząc i jęcząc wzywali swoich bogów, by objawili im tajemnicę życia? Oczywiście nie działo się nic. Nie pojawiał się żaden tajemniczy głos, nie zostawali uśpieni w celu przeniesienia we śnie do świątyni magicznych zwierząt, nie spływała na nich żadna magiczna moc.

Tak samo dzieje się z ludźmi, którzy wyruszają w podróż życia. Spodziewają się odkrycia swojego przeznaczenia, zapisanego gdzieś w gwiazdach, czy będącego częścią boskiego planu, albo rzadkiego talentu, który posiadają, co ma ich uczynić szczęśliwym i bogatym w dalekich krajach, w zupełnie innej roli społecznej. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Ludzie, którzy wyjechali w podroż życia, najczęściej odkrywali podczas niej, że najbardziej zadowoleni będą żyjąc w miejscu i w sposób bardzo podobny do swoich rodziców. 

Rozczarowanie, że zamiast zostać gwiazdą w Bollywood albo leczyć chore dzieci w slumsach Sao Paulo, najbardziej szczęśliwy będę uprawiając ziemniaki pod Białymstokiem, tak jak rodzice, stanowi prawdziwą istotę rytuału przejścia. Jest nim zrozumienie, że życie nie ma żadnego transcendentalnego sensu. Nie istnieje żadna wyższa idea, której twoje i moje życie jest podporządkowane. Nie ma żadnego mistycznego przeznaczenia, ani powołania do wielkości. Celem życia jest wyłącznie ono samo. 

To uczy odpowiedzialności, nieoglądania się na bogów, ani liczenia na szczęśliwe zbiegi okoliczności przy podejmowaniu decyzji. Twardego stąpania po ziemi, zamiast bujania w obłokach. To kształtuje charakter, a więc czyni właśnie to, co na celu ma rytuał przejścia.

Dalej warto

Czy powyższe oznacza, że nie warto wyruszać w podróż  życia, a cały ten gap year to tylko kolejna moda? Nie, przynajmniej z kilku powodów w dalszym ciągu uważam, że odbycie takiej podróży jest bardzo wartościowe. Korzyści z niej wynikające nie ograniczają się do kategorii autopoznawczych. Cenne jest także wynikające z podróży życia poszerzenie horyzontów myślowych, zdobycie nowej wiedzy, wyrobienie gustu, poznanie nowych przyjaciół, czy też przeżycie ciekawej przygody.

Trzeba zwrócić uwagę na coś jeszcze: nie sądzę, aby bo przeczytaniu tego artykułu ktokolwiek był w pełni przekonany do wyrażonej w nim idei, że życie nie ma żadnego transcendentalnego uzasadnienia. Mnie też by nie przekonał, gdybym przeczytał go kilka lat temu. I nie wynika to z przyczyn tkwiących w artykule. Pewne rzeczy trzeba po prostu przeżyć, aby się do nich przekonać. Doświadczyć ich samemu. Pewnych rzeczy da się zrozumieć tylko wtedy, gdy samemu wyruszy się w podróż.

TO NIE JEST KRAJ DLA UFNYCH LUDZI. HISTORIA KILKU OSZUSTW. CZ. 1.

Wyjeżdżając zawsze staram się otworzyć na ludzi, których spotykam. Nie mam na myśli jedynie spędzania czasu z miejscowymi, rozmów czy wspólnych posiłków. Może to trochę naiwne, ale ufam napotkanym ludziom, pozwalam im się poprowadzić, zachować się tak, jak oni, a nie ja, mają w zwyczaju. I dzieje się tak, mimo że zupełnie ich nie znam. Mam bowiem głębokie przekonanie, że drugi człowiek widząc okazane zaufanie, potrafi je docenić i nie nadużywa go. Niestety, w Afryce spotkałem wiele osób, które na świat patrzą w inny sposób. Oszustwa są powszechne na każdym kroku, a to krótkie zestawienie może pomóc w uniknięciu przynajmniej części z nich.


Tak w folderach turystycznych wygląda Lac Rose, słynne "różowe jezioro" w pobliży Dakaru. Różowy kolor jest dziełem alg żyjących w wysoko zasolonej wodzie.

Oszustwa to rzecz, która przeszkadzała mi w Afryce najbardziej. I nie chodzi o to, że straciłem tyle a tyle pieniędzy, chciałbym się zemścić albo użalać nad swoim smutnym losem. Chodzi o nastawienie. Gdy tylko nauczyłem się, że oszukanym można zostać przez niemal każdego i w niemal każdej sytuacji, niezwykle ciężko było mi otworzyć się na innych. W takiej sytuacji człowiek po prostu traktuje każdego jak potencjalnego oszusta. I mimo, że takie zachowanie jest dosyć naturalne, jest mi z tym źle. Jestem pewny, że Afryka jest pełna ludzi dobrej woli. Wielu z nich spotkałem na swojej drodze. Niestety, część z nich potraktowałem tak, jak wszystkich innych, osądziłem niesprawiedliwie, przypisałem łatkę oszusta. Mam z tego powodu wyrzuty sumienia i żywię nadzieję, że opisując sytuacje, których doświadczyłem uda się choć trochę ograniczyć tego typu przypadki.

1.Wiza do Senegalu, czyli rozczarowanie administracyjne.

Obywatele polscy podróżujący do Senegalu na okres nie dłuższy niż 90 dni nie potrzebują wizy. Dokumentami uprawniającymi do przekroczenia granicy są: polski paszport ważny co najmniej 6 miesięcy, dokument potwierdzający opuszczenie terytorium Senegalu po upływie dopuszczalnego okresu pobytu oraz Międzynarodowa Książeczka Szczepień, potwierdzająca szczepienie przeciwko żółtej febrze.

To, że posiadasz informacje, jakie dokumenty są potrzebne, że są one zgodne z tym, co twierdzi MSZ oraz Ambasada Senegalu w Polsce, to wcale nie oznacza, że posiadają je pogranicznicy. Ode mnie wymagano dodatkowo – poza powyższym wyliczeniem – rezerwacji hoteli, planu wyjazdu oraz zaświadczenia o miejscu pracy. Gdybym je miał, zapewne pojawiłyby się dodatkowe wymagania w postaci karty rowerowej, świadectwa chrztu oraz legitymacji Związku Kynologicznego. Wszystko to prowadziło do stwierdzeń,w jak poważne problemy popadłem oraz, że ich cudownym rozwiązaniem jest banknot 50 euro.Zapłaciłem, co miałem robić. Była trzecia w nocy, a ja miałem już serdecznie dosyć tego dnia.

Przygotowanie wszystkich możliwych dokumentów, inna pora dnia, dobra znajomość francuskiego, nieprzyznawanie się, że jest się w Senegalu pierwszy raz, oraz naprawdę dużo cierpliwości zapewne pomogą w uniknięciu tej bezpodstawnej opłaty.

2. Taksówkarze trzymają swój żałosny poziom.

Hostel, w którym planowałem zatrzymać się w Dakarze zaproponował mi transfer z lotniska w cenie bliskiej 20 euro. Drogo, zwłaszcza że dystans między lotniskiem a hostelem wynosił około 10 kilometrów. Ofertę hostelu odrzuciłem i postanowiłem poszukać transportu na własną rękę. To był kompletny kretynizm, przez który wpakowałem się sytuację, z której wykaraskałem się bez szwanku jedynie dzięki dużemu szczęściu.

Po przejściu kontroli granicznej na lotnisku w Dakarze należy przygotować się na skomasowany atak taksówkarzy, pomocników, pośredników, asystentów i wszelkiej maści innego podejrzanego elementu. Olałem kilku pierwszych nagabujących, uciekłem od „przewoźników prywatnych” i trafiłem na kilka oznaczonych taksówek, obok których stali kierowcy z identyfikatorami na szyi. Na pierwszy rzut oka wyglądało to bardzo wiarygodnie. Czar prysł jednak po kilku minutach. Okazało się, że pomimo mapy i adresu kierowcy nie wiedzą, gdzie jechać. Pokazywali mi, że dzwonią do hostelu i rzekomo ustalają adres. Nie wiem przy tym, z kim i o czym rozmawiali, a nawet nie wiem, czy w ogóle dzwonili do kogokolwiek. Żądali za to ode mnie zwrotu kosztów połączenia – przynajmniej 5 euro. Powiedziałem im kilka brzydkich słów, oraz że nie mam zamiaru jechać z nimi, skoro próbują mnie oszukać i idę pieszo. Tak naprawdę mocno obawiałem się kilkugodzinnego spaceru po przedmieściach Dakaru w środku nocy.

Odchodząc kawałek zauważyłem pojedynczego taksówkarza, w oznaczonej taksówce i to jemu właśnie postanowiłem zaufać. Umówiliśmy się na 8 euro za przejazd, włączyłem nawigację na swoim telefonie i ruszyliśmy. Przez większość trasy taksówkarz jechał jak po sznurku, zgodnie z nawigacją. Dopiero, gdy byliśmy prawie na miejscu, taksówkarz „przypadkowo” pomylił kilka razy drogę. Przestało mi się to podobać, dlatego poprosiłem, aby się zatrzymał. Dałem mu 10 euro i zacząłem wysiadać. To mu się widocznie nie spodobało, bo próbował zamknąć drzwi centralnym zamkiem, jednak byłem trochę szybszy, otwierając je na sekundę wcześniej. Nie do końca rozumiejąc sytuację, zapytałem, o co mu chodzi. Oczywiście chciał „reszty pieniędzy”, bo nie umawialiśmy się na „eight euro”, tylko – jego zdaniem – „deux eight euro” (28 euro). To kreatywne połączenie języka francuskiego i angielskiego w jednym liczebniku nie urzekło mnie jednak i wysiadłem z samochodu. Taksówkarz wyszedł za mną i wtedy nie wytrzymałem. Miałem już serdecznie dosyć tych wszystkich oszustw, prób wyłudzeń, całego tego dnia. Wydarłem się na niego, używając sporej ilości niecenzuralnych słów i odszedłem w mrok. Dalszą drogę do hostelu pokonałem pieszo.

Takich historii można uniknąć decydując się na transfer oferowany przez hostel. Jeśli nie ma takiej możliwości, warto poprosić kogoś z podróżujących tym samym samolotem o pomoc w znalezieniu taksówki. Jeśli i to zawiedzie, to bardzo ważnym jest, aby nie zostawiać swojego bagażu w bagażniku taksówki. Gdybym, całkiem przypadkiem, nie zabrał go ze sobą, płaciłbym tyle, ile tylko życzył sobie taksówkarz, żeby tylko odzyskać swój plecak.

Tak w rzeczywistości wygląda Lac Rose. Zdjęcie nie pokazuje ton śmieci, które - korzystając z dobrej pogody - opalają się na brzegu.

3. Internet? Pierwsze słyszę.

Hostel, w którym się zatrzymałem w Dakarze wydawał mi się ostoją normalności. Dalej tak uważam, choć gdy przyszło do rozliczeń pieniężnych, okazało się, że nie jest to normalność w sensie europejskim. Po pierwsze, w obiektach rangi „hostel” zupełnie nie należy przywiązywać się do ceny podanej podczas internetowej rezerwacji (w mieście całe dwa obiekty o tym standardzie oferują możliwość rezerwacji przy pomocy strony ***king.com). Po drugie, trzeba uważać ile i za co się płaci. Najlepiej zapytać ile kosztuje jedna noc i samemu przeliczyć kwotę należności. Po trzecie, konieczne jest dokładne przeliczenie otrzymywanej reszty.

4. Zakupy: nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem!

Ani w Senegalu ani w Mauretanii w żadnym sklepie nie widziałem wywieszek z cenami. Z tym trzeba się pogodzić: cen nie ma i już. Stwarza to doskonałe warunki aby uszczknąć nieco z białej, chodzącej skarbonki, za jaką często uchodzą tu Europejczycy i Amerykanie. Klasyczne numery to:
  • specjalna oferta cenowa, tylko dla obcokrajowców. Co najmniej kilka razy robiąc zakupy w asyście miejscowych, łapałem się na tym, że sam płaciłem znacznie więcej za te same produkty. Zawyżaniu cen może zapobiec głośne pytanie się o cenę, zwłaszcza, gdy w sklepie są inni ludzie. Co prawda nie sądzę, aby podanie niewłaściwej ceny skłoniło ich do interwencji. W tej części świata jednakże bardzo liczy się „dobre imię” czy „renoma” danej osoby. Z tego powodu sprzedawca może obawiać się zawyżać ceny, żeby nie wyjść na oszusta wobec ludzi, którzy kupują u niego codziennie. W miarę możliwości należy też pytać miejscowych o to, ile dany produkt może kosztować.
  • nie mam wydać. Dobrze, to ja rezygnuję, oddaję produkt, proszę o swoje pieniądze. Wówczas sprzedawca zazwyczaj sprawdza jeszcze raz, a reszta magicznie się odnajduje.
  • pomyłki w wydawaniu. W każdym przypadku otrzymaną resztę trzeba dokładnie przeliczyć, tak aby widział to sprzedawca. „Błędy” w wydawaniu są tak powszechne, że czasami miałem wrażenie, że ludzie, którym płaciłem mają po prostu problem z liczeniem. Spotkałem ludzi, którzy mieli problemy z pisaniem, także wierzę, że w niektórych przypadkach może być to część prawdy.
5. Trzymaj się swojego paszportu.

Granica Senegalu i Mauretanii jest równie wąska, jak granica między oszustami a pracującymi tam stróżami prawa. Wjeżdżając do miejscowości granicznej, na punkcie kontrolnym oddałem żołnierzowi swój paszport. Nie wrócił on już do mnie, a trafił w ręce nieumundurowanego człowieka, który był również obecny w tym miejscu. Ponieważ oddał mu go żołnierz, a człowiek po chwili kazał mi wsiadać na motocykl, byłem przekonany, że mam do czynienia z przedstawicielem władzy. Owszem, pojechaliśmy na posterunek, gdzie dostałem do paszportu stempel wyjazdowy. Rzeczywistym celem było jednak odwiedzenie pobliskiego kantoru prowadzonego przez motocyklistę. Przyszło jeszcze kilka osób i wspólnie namawiali mnie na wymianę pieniędzy, przekonywali trochę grozili. Dowiedziałem się od nich m.in. że:
  • franków CFA nie mogę wywozić z kraju i jeśli ich nie wymienię u nich, to zostanę zatrzymany na granicy i pewnie osadzony w areszcie (wywozić rzeczywiście nie można, ale nikt tego nie sprawdza).
  • dalej nie ma możliwości wymiany waluty (jest, po obu stronach granicy, od propozycji trzeba się wręcz odganiać).
  • bez wymiany pieniędzy nie przedostanę się przez rzekę, która jest faktyczną granicą między państwami (prom jest darmowy).
  • za wizę mauretańską mogę zapłacić tylko w walucie lokalnej – ugija, a przecież nikt mi dalej nie wymieni pieniędzy, tylko oni (teoretycznie, poza ugija, można zapłacić jeszcze w euro oraz frankach CFA, choć to akurat odrębna historia).
Oddałem im w końcu trochę pieniędzy, żeby odzyskać paszport. W przeliczeniu wyszło pewnie ze 20 czy 30 zł. Pokazałem, że nie mam w portfelu nic więcej. Dziwili się mocno, że jak to, biały i nie ma pieniędzy, ale w ostateczności, widząc że nic więcej ze mnie nie wyciągną, oddali paszport i puścili. Pieniądze oczywiście miałem, musiałem w końcu jakoś zapłacić za mauretańską wizę. Przydały się natomiast przestrogi babci, aby nie trzymać wszystkiego w jednym miejscu, w portfelu zaś tylko niewielką kwotę.

Tak naprawdę nie jest tak źle. Podchodząc bliżej, patrząc pod dobrym kątem, przy odpowiednim nasłonecznieniu widać trochę czerwieni, a może nawet różu.


Ciąg dalszy nastąpi.

PLANETA DAKAR

Gdyby na jednej z niewielkich planet pozasłonecznych odkryto życie, mogłoby ono wyglądać tak, jak w Dakarze. Tak bardzo miejsce to różni się od jakiegokolwiek innego miasta, które dane mi było oglądać, zarówno w Europie, Azji, Afryce, jak i samym Senegalu. Dakar pokochać trudno, jednakże można w nim spędzić miesiące, odkrywając każdego dnia coś innego, zaskakującego i niewyobrażalnego.

Dobrą dzielnicę można poznać po asfalcie na drodze. Jeszcze lepszą - po chodniku.

Do Afryki pojechałem z przekonaniem, że znam stereotypy o tym kontynencie. Dzieci z brzuszkami wydętymi z głodu, rodziny mieszkające w lepiankach, wielokilometrowe wędrówki, aby zdobyć wodę – to przecież nie prawda! No dobrze, może takie miejsca jeszcze gdzieś istnieją, daleko w głębi kontynentu, ale na pewno nie w Senegalu. W końcu czytałem, że to jeden z najbogatszych krajów w Afryce, a Dakar nie odbiega zasadniczo wyglądem od miast francuskich. Wystarczył jeden dzień, aby przekonać się, w jak wielkim tkwiłem błędzie.


Masz jakiś problem, białasie?

Trudno powiedzieć, co najbardziej szokuje i zadziwia. Kolorowe stroje kobiet, niesamowity hałas i ruch uliczny, śmieci, a nierzadko także rynsztok płynący środkiem drogi, rzemieślnicy uliczni (pierwszy raz w życiu widziałem, aby ktoś wytwarzał tkaniny przy pomocy długiego ręcznego krosna albo meble z surowych bali, nie pociętych nawet na deski, a całość procesu produkcyjnego, od surowca do produktu finalnego, odbywała się na chodniku), ludzie nie bardzo kryjący się z załatwianiem swoich potrzeb toaletowych (i nie chodzi tylko o wysikanie się), kolejki niemal wszędzie, centrum zasadniczo nie różniące się od przedmieść (najwyższy budynek, duma miasta, ma pewnie z piętnaście pięter i wygląda jak dzieło lat siedemdziesiątych), piasek zamiast chodników i ulic, brak restauracji (zdarzało mi się chodzić głodnym cały dzień, bo poza owocami na straganie, których miałem już dosyć, nie mogłem nic znaleźć), galerii handlowych, a nawet większych sklepów (największe i najbardziej nowoczesne sklepy spożywcze w Dakarze mają wielkość naszej „Żabki”, z tym tyko, że są znacznie słabiej zaopatrzone), znikoma obecność reklam i billboardów i wiele wiele innych.

Warsztat pod baobabem? A czemu nie!

Dakar to miasto-improwizacja, miasto, które nie buduje, nie tworzy, ani nie sieje, które wygląda jakby zostało stworzone z założeniem, że będzie istnieć jedynie kilka lat, po czym zniknie, pozostawiając po sobie ruiny, zgliszcza oraz tony śmieci. Dlatego Dakar to miasto, które żyje i zmienia się nieustannie, rodząc się w jednych miejscach i umierając w innych, w którym odrażające sąsiaduje z niesamowitym, a ruch i gwar nie ustaje o żadnej porze dnia, ani nocy. Dlatego warto je odwiedzić.

Kilka kroków od tego pięknego miejsca wprost do morza wylewają się ścieki


Ten wpis dotyczy podróży z 2017 r. i pierwotnie został opublikowany na moim starym blogu odtarnobrzegupobangladesz.pl