[Recenzje] SALAMAN RUSHDIE 'DZIECI PÓŁNOCY'

Przeczytawszy "Dzieci Północy" zacząłem sobie zdawać sprawę z kilku rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Jedną z nich jest działanie procesu komercjalizacji literatury. Tak, jak z muzyką puszczaną przez duże stacje radiowe, współczesna literatura popularna zasadniczo nie stawia sobie za cel oryginalności, złożoności fabuły, dystrybucji określonych wartości, czy piękna językowego. Zamiast tego ma być produktem prostym, mało charakterystycznym czy wymagającym, ale za to trafiającym do możliwie jak największej liczby nabywców. Książką z supermarketu.



"Dzieci Północy" powstały zanim rozwinął się ten trend. Dzieło Rushdie'go jest bowiem wyjątkowe pod względem złożoności fabuły, oryginalności historii, którą przedstawia, realiów, w której jest osadzona, języka, a nawet struktury, wyraźnie nawiązującej do realiów Baśni z 1001 nocy.

W "Dzieciach Północy" prawda miesza się z fikcją, realizm z baśniowością, sacrum z profanum, islam z hinduizmem, piękno z dość brutalną przyziemnością, a teraźniejszość z przeszłością. Tworzy to ogromny chaos (nieprzeszkadzający jednak czytelnikowi), który - w mojej opinii - jest celowym zabiegiem literackim. Oddaje bowiem charakterystykę Indii, o których opowiada książka, w których nieład, bałagan i rozgardiasz wydają się być na porządku dziennym. Ale to tylko pozory. Wszystko bowiem wynika z jakiejś przyczyny,ma jakieś źródło. Lektura powieści Rushdiego pozwala w jakiś sposób ogarnąć to, czym są Indie, posklejać, poskładać i zrozumieć wszystkie elementy, na które składa się ten fascynujący kraj.

Ocena: 9/10

[Recenzje] JACK KEROUAC 'W DRODZE'

'Powinieneś przeczytać Kerouaca', 'No co ty, nie czytałeś 'W drodze?', 'No, stary, 'W drodze' to podstawa, musisz to zobaczyć', 'Słuchaj, ziomuś, jest taka książka, co jest o takich koluniach, jak ty trochę. Czytałeś?', 'Ej, mordo! A 'W drodze' to ty, kurwa, widziałeś? 'W drodze" - weź to sprawdź'.



Setki wzmianek, tysiące odniesień,komentarze, aluzje, ciekawostki, zachęty, namowy, polecenia i sugestie. I w końcu - po tak długim czasie, gdy temat trochę przycichł, a w raz z nim nadzieja, że się za to wezmę, nadeszła ta wyjątkowa chwila, ten oczekiwany moment:

Przeczytałem. Jest średnia.

Albo inaczej: nie wiem, skąd tak wielka sława tej książki. Owszem, kilka wątków, czy momentów jest całkiem niezłych. Nawet całkiem niemało. Przykładowo, podobały mi się opisy szalonych koncertów jazzowych w czarnych dzielnicach. Myślałem o żywiołowości (i o tym, co znaczy żyć naprawdę?), czytając o kolejnych wyczynach Deana Moriarty'ego. Spoglądałem też na mapę podczas kolejnych przejazdów przez Stany. 

Po tych wszystkich zapowiedziach spodziewałem się jednak czegoś więcej, czegoś, czym się zachwycę. Może jakiegoś zrozumienia tego, po co sam się kręcę po świecie bez większego celu, zamiast żyć 'jak normalny człowiek'. Okazało się zupełnie inaczej. Książka chyba jeszcze bardziej podkopała moje wątłe poczucie, że tego typu podróże mają jakikolwiek sens. Życie jako wagabunda czy obieżyświat wcale nie jest lekkie, łatwe i przyjemnie. Nie wygląda tak, jak na zdjęciach z fejsbuka czy instagrama. Częściej jest zimno, głodno, ciężko i źle. I po co to wszystko? Po co znowu ruszać w drogę, zamiast siedzieć w domu pod kocem i oglądać film? Nie wiem, pomimo pokładanych nadziei, 'W drodze' zupełnie nie wyjaśnia, że nim minie kilka chwil, znowu będę wyciągać kciuk na poboczu, patrząc z wiarą na przejeżdżające samochody. 

Ocena: 6,5/10

[Recenzje] J.G. FRAZER 'ZŁOTA GAŁĄŹ. STUDIA Z MAGII I RELIGII'

Wydałem dzisiaj 167,89 zł na książki. Ja, bezrobotny bez prawa do zasiłku. Wracając do domu myślałem o tym, że jestem pojebany i patrzyłem na drzewa, czy ich kora nadaje się do jedzenia, bo wiele wskazuje, że będę się nią żywił do końca miesiąca. Pomyślałem też, że pewnym rozwiązaniem dla mojego książkowego pierdolca może być ich opisywanie, co też czynię.



Przez monumentalne (a i tak to, co mam, to tylko streszczenie 12-tu tomów) dzieło G. Frazera przebijałem się prawie miesiąc. Pod koniec to była prawdziwa walka. Ale było warto.

Nie jestem antropologiem, dlatego lekturze tej zawdzięczam sporo nowych myśli, a także odkryć rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Dzięki niej zacząłem się lubować w dziwacznych, pozornie bezsensownych rytuałach i wierzeniach. Nauczyłem się również podchodzić do nich w sposób racjonalny, naukowy, co uważam za istotne obserwując jak szybko współcześnie powstają praktyki szamańskie, neopogańskie i podobne. Jestem też całkowicie przekonany, że ze Złotej Gałęzi garściami czerpała J.K. Rowling tworząc serię powieści o Harrym Potterze.

Tyle z zysków. Jeśli chodzi o straty, "Złota gałąź" całkowicie zdruzgotała resztki mojej wiary w religię chrześcijańską, stanowiącą powstały w Rzymie zlepek wierzeń i rytuałów pogańskich. Nie odnosi się to jednak do filozofii Jezusa Chrystusa, która po lekturze książki J.G. Frazera interesuje mnie znacznie bardziej niż wcześniej.

Podsumowując, "Złota gałąź" to książka dość trudna w odbiorze, jednakże warta lektury, zwłaszcza przez osoby zainteresowane antropologią kulturową.

Ocena końcowa: 7/10

Sama miłość nie wystarczy

Niedawno zabrałem głos w dyskusji dotyczącej adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Mówiąc ściślej, odniosłem się do sytuacji kobiet pozostających w związku, choć te same uwagi można by odnieść również do par gejowskich.



Przyznanie się pary lesbijek do tego, że chciałyby razem mieć (wychowywać) dziecko, wywołało lawinę hejtu w internecie. Liczne komentarze pod postem, zawierającym to odważne oświadczenie, nie nadają się do zacytowania. Ich autorzy nie zamierzali bowiem podjąć dyskusji, ani też wyrazić swojej opinii, a jedynie obrazić autorki. Kilku pozostałych akcentowało, że dziecko do prawidłowego rozwoju wymaga także męskiego wzorca. Odpowiadając im, napisałem:

Jakoś gdy mój - i dziesiątek tysięcy osób w podobnej sytuacji - ojciec zlewał pałę z kolegami, zamiast zajmować się rodziną, to nikt nie krzyczał, że to niedopuszczalne, bo dziecko potrzebuje męskiego wzorca. Skąd teraz troska o to?

Od ojca nauczyłem się, że gdy potrzebujesz pieniędzy na alkohol, najłatwiej "pożyczyć" od dziecka komunijne, urodzinowe, czy kieszonkowe. Dziecko przecież się nie upomni o zwrot, a nawet jeśli to wystarczy powiedzieć "później", albo "nie mam". Ojciec pokazał mi, jak można mieć wszystko w dupie, produkując czwórkę dzieciaków, i zostawiając je na utrzymaniu jednej kobiety, pracującej gdzieś na podlaskiej wsi lat dziewięćdziesiątych. Pamiętam taki letni dzień, w którym mama, mimo, że pracowała od świtu do nocy, prosiła nas, żebyśmy poszli do babci, bo w domu nie ma nic do jedzenia i nie mamy żadnych pieniędzy, aby cokolwiek kupić. Pamiętam, jak wiele razy odcinano nam prąd za niepłacenie rachunków. Od ojca, który nigdy nie dostrzegał problemów ze swoim alkoholizmem, wiem, co to znaczy ignorancja. To on pokazał mi jak nie mieć ambicji, nie wierzyć w możliwość zmiany, jak zmarnować sobie życie.

Cóż. Tak bywa. Jakoś wyparłem to z pamięci przez te wszystkie lata. 

Nie udało mi się pozbyć jednak jakiegoś braku. Trudno mi to do końca określić. To jakiegoś rodzaju żal, pomieszany z poczuciem pustki, który odczuwam, patrząc jak marnie sobie radzę z podrywaniem dziewczyn, jeżdżeniem samochodem (do dzisiaj nie mam prawa jazdy), czy współzawodniczeniem z innymi facetami (jestem słaby w dyscyplinach jeden na jeden, odnajduję się bardziej w grach zespołowych).

I mając to na uwadze, zacząłem się zastanawiać, że może rzeczywiście jestem w błędzie. Że sam nie chciałbym mieć dwóch mam. Ale to chyba nie do końca tak.

Rola matki w wychowaniu dziecka wydaje mi się dość intuicyjna. Matka jest tą osobą, która daje miłość. Dziecko idzie do matki po ciepło, współczucie, przytulić się, wyżalić, wypłakać. Matka zawsze pocieszy, zawsze powie dobre słowo, ochroni przed złem. A jaka jest rola ojca? Jakim sam chciałbym być ojcem? Tak, zastanawiałem się nad tym. Chciałbym mieć w przyszłości dzieci i być dla nich kimś. Tylko, właśnie, kim?

Chciałbym, aby ten świat był dobry, miły i piękny. Ale nie zawsze taki jest. Nie da się przejść przez życie bez szwanku, kierując się wyłącznie miłością. Jeszcze się nie da. Czasami  natomiast trzeba być twardym, wytrwałym i silnym, czasami - przebiegłym i sprytnym, czasami trzeba podjąć ryzyko, a czasami unieść ciężar odpowiedzialności. Na tym polega radzenie sobie w życiu. I to właśnie, jak radzić sobie w życiu w różnych sytuacjach, wykorzystywać szanse ale także podnosić po porażkach, chciałbym przekazać swoim dzieciom, jeśli tylko kiedykolwiek będę je miał. W ten sposób widzę rolę ojca w wychowywaniu dzieci. Nie oznacza to oczywiście, że ojciec nie ma prawa być czuły i opiekuńczy. Chodzi raczej o rozłożenie akcentów.

Jednak nie tyko mężczyźni radzą sobie w życiu. Kobiety pod tym względem nie są ani trochę gorsze. I nie tylko mężczyźni mogą przekazywać dzieciom te umiejętności i wiedzę. I tu dochodzimy do sedna. Nie chciałbym mieć dwóch mam, jeśli żadna z nich, poza miłością, nie byłaby mi w stanie pokazać jak radzić sobie w naszym, dalekim od ideału, świecie. Sama miłość nie wystarczy. Trzeba coś więcej. I jeżeli tylko dostawałbym to coś więcej, płeć rodziców naprawdę nie byłaby taka istotna.